Pokazywanie postów oznaczonych etykietą senior. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą senior. Pokaż wszystkie posty

ODPOWIEDZIALNOŚĆ


Zawsze mnie zastanawiało, ile osób każdego dnia doświadcza lub bywa świadkiem złych zachowań młodych ludzi, którym wydaje się, że to oni są królami życia, że to oni rządzą swoją dzielnicą, że mogą robić co chcą i zakładają, że skoro są tak silni i bezkarni, nikt im nie podskoczy. Zakłócają więc spokój, napadają na seniorów i kradną im pieniądze, hałasują, dopuszczają się wandalizmu nie szanując nikogo i niczego. Pamiętam takie zachowania z czasów swojej młodości, gdzie w dzielnicach mojego miasta zagnieździły się różne bandy i robiły piekło mieszkańcom. Bezkarnie, bo nawet policja tam nie zaglądała. Bezkarnie, bo zastraszeni ludzie bali się zgłaszać takie incydenty.

Minęło kilkadziesiąt lat, zmieniły się dzielnice, na lepsze, bo jakby nie widać na co dzień opryszków żądnych awantur. Już inni ludzie tam mieszkają, jest ładniej, inna jest też atmosfera i jakby mniej mówi się i zwraca uwagę na przestępcze incydenty. Jest dzisiaj inaczej, ponieważ mieszkańcy zachowują się inaczej Nie zatrzymują się na rozmowę z sąsiadem jak kiedyś, lecz szybko "umykają" do swoich domów. Dzisiaj mało kto kogo zna na klatce schodowej, a co dopiero z któregoś piętra. Nie odpowiadają sobie głośno, ale raczej "mruczą" do siebie zwyczajowe >dzień dobry<. Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale wiem jak jest na mojej klatce schodowej. Praktycznie nie znam nikogo.

Jednak jest spokój. Wspólnota mieszkaniowa narzuciła lokatorom REGULAMIN, którego pod groźbą odpowiedniej kary wszyscy muszą przestrzegać. I wiecie co? Przestrzegają. Zatem ja mieszkam sobie spokojnie i przyjemnie, bo najbliższe sąsiedztwo jest grzeczne i spokojne. Ale historia mojej znajomej nie jest już taka, jak moja. Mieszka w starej zaniedbanej kamienicy. Na dzielnicy, która od lat się nie zmienia. Tak, zmieniają się lokatorzy, ale zazwyczaj to są dzieci poprzednich lokatorów. Dzieci, które przejmują po rodzicach zachowanie jak jakieś niechlubne dziedzictwo. Pijaństwo, przekleństwa, głośne awantury, kłótnie, wandalizm i przestępstwa, drobne i niebezpieczne.

Moja znajoma zawsze się bała. Strach towarzyszył Jej i nadal towarzyszy przy wyjściu do sklepu, w ogóle przy wyjściu z domu. Przejście przez podwórko, a potem przez zawsze ciemną bramę wywoływało w niej ogromny stres. Bo nie wiedziała, czy tym razem nie zostanie okradziona albo poturbowana. Wielu sąsiadów tego doświadczyło, ona nie, dlatego strach był i tym bardziej obejmował Ją swoimi mackami. Niedawno opowiedziała mi, jak grupka wyrostków pobiła i okradła seniora z parteru w jego własnym mieszkaniu. Po prostu wdarli się do środka i znęcali nad nim tak długo, aż nie dostali tego po co przyszli.


Wiecie, nikt nie zareagował. Ze strachu. Nikt nie zadzwonił po policję. Ze strachu. Z obawy, by to samo ich nie spotkało. Mieszkańcy tej kamienicy są zastraszeni na amen. Wydaje się, że takie zjawiska powinniśmy mieć już za sobą, a jednak wciąż są miejsca, gdzie króluje chuliganeria. Małemu chłopcu ukradli rowerek na oczach rodziców. Kilkunastolatka prawie została skrzywdzona, prawie. Nie doszło do nieszczęścia, bo kilku starszych od tych gówniarzy chłopaków, pogoniło ich skutecznie. Czy zgłosili incydent na policję? Nie. Bo sprawę uznali za skończoną. Uratowali dziewczynę, wszystko rozeszło się po kościach.

Takich zdarzeń jest kilka na tydzień, jeżeli tydzień okazuje się w miarę spokojny. Gdy zapytałam znajomego policjanta, dlaczego nie kontrolują skutecznie takich miejsc, odpowiedź jest jedna, brak zasobów. Może to i prawda, ale czuję i myślę, że z ich strony nie ma woli ani chęci zapuszczania się w te niebezpieczne dzielnice. W takich miejscach chyba nikt nie rządzi, nikt nie sprawuje kontroli, dlatego nikt za to nie odpowiada. Jakie to wygodne. Myślę, że jak stanie się coś bardzo dramatycznego, dopiero wtedy policja zareaguje, dopiero inne instytucje miejskie zainteresują się życiem tej patologii. Czy skutecznie? Jednorazowo. Do następnego razu.

Moja znajoma myśli o przeprowadzce. Jest bezsilna i tak się czuje. Nikt i nic Jej nie trzyma w tym miejscu. Jest sama, bo rodzina już odeszła. Dla spokojniejszego życia i ja doradzam Jej, by rozważyła własny pomysł. Ma kuzynkę mieszkającą w górach, może tam by się przeniosła. Bliżej swoich. Swoją drogą, do czego to dochodzi? Porządny spokojny człowiek musi uciekać, opuszczać własny dom, a bandyci zostają na swoim bezkarni. Myślę, że to pokolenie dorośnie i zostanie zastąpione kolejnym, które będzie rządziło dzielnicą po staremu. Wiele razy myślałam sobie, czy za mojego życia cokolwiek się zmieni, np. życie w sąsiedztwie takich patologii.

Lata mijają, a niektóre miejsca jak te skanseny, trwają w swojej subkulturze narzucając ją innym. Tyle mówi się o instytucjach społecznego zaufania, jednak i w nich znieczulica ma się od lat dobrze. Co w takiej sytuacji ma zrobić człowiek narażony każdego dnia na kontakt z patologią? Przeprowadzić się? Najgorsze to być bezradnym.


Obraz: *Internet 

N I E P O D L E G Ł A


Miałam ten zaszczyt uczestniczyć dzisiaj w swoim mieście w bardzo ważnym dla Polaków wydarzeniu - uczcić kolejną rocznicę Odzyskania Niepodległości przez POLSKĘ. Dzień 11 listopada to ŚWIĘTO. Najważniejsze ze Świąt. Żadnej Polce i Polakowi nie trzeba tłumaczyć co ten dzień historycznie dla nas znaczy. Ważne, by wszyscy bez wyjątku mieli świadomość, że dzięki Bohaterom Tamtych Dni możemy dzisiaj spokojnie żyć, pracować, zakładać rodziny, kochać, zwiedzać świat. To wszystko nie spadło nam z nieba. Zostało wywalczone i okupione krwią i życiem naszych ojców i dziadków. Oni poświęcili wszystko, mieli odwagę walczyć i ginąć za Polskę, dla nas, byśmy my dzisiaj żyli w wolnej szczęśliwej Ojczyźnie. 

Powinniśmy pamiętać, że to co dla nas wywalczyli, wolność, nie jest dana na zawsze. Dzisiaj sami musimy dbać i zadbać o to, by ich dziedzictwo nie zostało zmarnowane.

Dzisiaj, tj. Dzień 11 listopada 2025 roku uczciłam uczestnicząc w Szczecińskim Niepodległościowym Rajdzie Rowerowym 2025, który biało-czerwoną kawalkadą przejechał ulicami Szczecina pod opieką Organizatorów i szczecińskiej Policji. Było bezpiecznie, a przede wszystkim patriotycznie. Atmosfera nie zawiodła. Wszyscy uczestnicy, seniorzy i całe rodziny z dziećmi, ubiorem i biało-czerwonymi gadżetami stworzyli wspaniałe wydarzenie. Głównymi ulicami miasta wolno przejeżdżał biało-czerwony w ą ż, za którym oglądali się przechodnie machając do nas i uśmiechając się. Również i oni, spacerując po mieście, ubrani w barwy narodowe świętowali ten dzień niosąc nieduże flagi. Mimo deszczu, który padał kilka godzin. Mają mój szacunek.

Przejechaliśmy spokojnie centrum, a potem peleton skierował się ku Miodowej Polanie, gdzie czekało na nas przygotowane ognisko i poczęstunek. Oprócz kawy, herbaty i kiełbasek, czekały na nas pięknie ułożone rogale Marcińskie, pyszne. Mimo tak poważnego ŚWIĘTA, wszyscy dobrze się bawili i widać było, że mimo pogody humory dopisują. W tle z głośników dyskretnie płynęły pieśni nadające wydarzeniu odpowiednią oprawę. Przyznam, że kolejny raz Organizator GRYFUS spisał się na piątkę. Przy ognisku, mimo dominującej wilgoci, było ciepło i przyjemnie, nie chciało się kończyć imprezy. Jednak deszcz wygrał. W domu byłam już ok. 15:30 i dobrze, bo zaczynało zmierzchać, a nie lubię o zmroku kręcić się po ulicach.

To był dobry dzień. Mam satysfakcję, że z powodu pogody nie zostałam w domu i mogłam być częścią tego wydarzenia.

CZEŚĆ  I  CHWAŁA  BOHATEROM. 


PS - By każdy z nas zapamiętał ten wtorek, Organizator GRYFUS swoim zwyczajem przygotował dla wszystkich uczestników również mały suvenir w postaci okolicznościowych koszulek i medali.


Bardzo mi się podoba. To już trzeci w mojej rowerowej mini kolekcji. 

G Ł O D N A kilometrów


Mamy jeszcze jesień, coraz piękniejszą, coraz chłodniejszą, ale słonko łaskawie nie odpuszcza, zatem i ja nie odpuszczam. Mówi się, że nie ma złej pogody, tylko rowerzysta źle ubrany. Pilnuję więc, by dobrze się ubrać pamiętając ostatnią wycieczkę po okolicy kiedy nieco zmarzłam. Przekonałam się wtedy, że inaczej odczuwa się temperaturę spacerując, a zupełnie inaczej jadąc na rowerze. To ważne, ponieważ co wrażliwsza osoba może łatwo się przeziębić. A tego nie chcemy. Gdy już jednak siedzi się na siodełku i kręci pedałami, leń który nawet był jeszcze w domu, teraz gdzieś znika przytłoczony urodą Pani Jesieni. Wszystko jest piękne tak, że chce się jechać prosto przed siebie i jak najdłużej. Przynajmniej ja tak mam. 

Wyruszyłam więc wczoraj na wycieczkę, ale bez planu zainspirowana pewnym filmikiem. Niech przypadek zadecyduje, gdzie mnie koła poniosą. Wyjeżdżając z domu jakoś odruchowo skręciłam na drogę prowadzącą na Głębokie. Niech będzie. Zobaczymy jak wygląda jezioro w jesiennym garniturze. Pojechałam obok Arkonki, popularnego szczecińskiego zespołu basenów i miejsca, gdzie chętnie dorośli odpoczywają, a dzieci radośnie pluskają się w wodzie. Latem. Jesienią Arkonka to urocze inaczej miejsce, z którego ścieżek korzystają nie tylko rowerzyści, ale rolkarze, spacerowicze. To moje ulubione miejsce i restauracja Szyszka, w której serwują wspaniałą zupę segedyńską. Jadąc dalej cieszyłam się widokami i wiecie czym, zapachem. Jesień pachnie przepięknie.

Jakoś tak nie chcący rower "sam" skierował się na ścieżkę prowadzącą w głąb Puszczy Wkrzańskiej i od razu pomyślałam sobie, że kolejny raz mogłabym odwiedzić znajome miejsca. I pojechałam. Trasa - Wołczkowo Dobra Grzepnica Bartoszewo, gdzie zjadłam pyszny obiad i dalej droga poprowadziła mnie do 115-tki, którą dojechałam do Pilchowa i dalej na Kąpielisko Głębokie, również bardzo popularne miejsce wśród Szczeciniaków i turystów. Miejsce piękne przez cały rok. I wróciłam do domu. Poczułam zmęczenie, nie powiem, ale było to zmęczenie miłe i dające satysfakcję. Warte tej wycieczki. Takich okolic mamy na Pomorzu Zachodnim dużo. W ogóle Pomorze Zachodnie słynie ze ścieżek rowerowych i bardzo dobrze znane jest rowerzystom.


Rozkręcam się powoli, może nieśmiało, ale też ostrożnie, by nie przetrenować organizmu , i by przyzwyczaić rower do kilometrowych wyzwań. Wciąż badam, na ile mogę sobie pozwolić na jednym doładowaniu baterii. Muszę pilnować, by z dala od domu nie zdarzyła się niechciana niespodzianka w postaci wyładowania baterii. Tym razem prawie wszystko przygotowałam, by wycieczka udała się. Piszę prawie wszystko, ponieważ jak wiemy, nie da rady przewidzieć wszystkiego o cokolwiek by nie chodziło. W słońcu i miłej jesiennej atmosferze przejechałam 33,8 km, które sceduję na konto "Projektu COLOSSEUM". Licznik bije odkąd oficjalnie rozpoczęłam kolejne zawody. Przyznam przy okazji, że na całe przedsięwzięcie patrzę oczami zawodnika, nie seniorki.

Pomaga mi to bardziej skupić się na wyzwaniu, które wspaniale oddaje mój charakter. Charakter sportowca. Bo w sercu wciąż jestem osobą czynną. Bieganie zamieniłam na rower, sport, który dzisiaj jest niezwykle popularny wśród cywilów. Kiedyś, gdy jeździłam po Europie zdobywając wiedzę zawodową, trafiłam do Bazylei. Tam na widok ilości rowerów w tak "ciasnym" mieście, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek u nas będzie podobnie. Patrząc na własne miasto widzę, że nie jest to jeszcze to, ale jesteśmy na dobrej drodze. Jazda rowerem to nie tylko ekologiczne zachowanie, ale też dbanie o własne zdrowie. Przede wszystkim dbanie o zdrowie. Zatem satysfakcjonuje widok uprawiających ten sport.

Tak, jestem głodna kilometrów. Połknęłam rowerowego bakcyla i myślę, że już tak zostanie. Wczorajsze kilometry dały mi trochę popalić, więc niedzielna przerwa przydaje się. Jutro, w poniedziałek, trochę pojeżdżę, nie za dużo, by we wtorek w dobrej kondycji wziąć udział w Szczecińskiej Niepodległej, której organizatorem jest niezastąpiony GRYFUS. 


Będzie zatem impreza, będą kolejne nowe znajomości, a wraz z nimi wielkie ognisko, wręczanie koszulek pamiątkowych i medali uczestnictwa w Święcie Biało-Czerwonej. Fajnie. 

PROJEKT C O L O S S E U M

 

To, czego podjęłam się teraz, przypuszczam, że może uznacie za szaleństwo, ale nic to. Dla mnie będzie to kolejna próba wyzwania, bardzo poważna próba. Wcześniej to co zrobiłam, to była zabawa, treningi wzmacniające kondycję, korygujące postawę, poprawiające niedociągnięcia zdrowotne, które wynikły z wcześniej dwukrotnego przejścia covidu bardzo osłabiającego fizycznie mój organizm. Trzeba było coś z tym zrobić. Zbyt długie siedzenie w domu, markowanie spacerów, nieusprawiedliwione oszczędzanie się, lenistwo które mnie ogarnęło, wszystko to miało swój negatywny wpływ na moje samopoczucie. Ale ogarnęłam się. Kupiłam rower, zaczęłam trenować, zauważać zmiany, dobre zmiany w kondycji, w stanie zdrowia, zauważeniu że obok jest świat i że ten świat czeka na mnie.

Opowiadałam wam o swoich małych wycieczkach po mieście, po parkach, ot tak w ramach rozruszania się. W ramach sprawdzenia, czy w ogóle rower to był/jest dobry pomysł. Nie zauważyłam nawet jak zaczęłam pokonywać kolejne kilometry poza swoją znaną sobie strefą. Najpierw było pięć kilometrów i sprawdzenie roweru. Oswojenie się z nim. Potem zrobiło się piętnaście kilometrów i chwyciłam bakcyla. I to jak. Opisywałam Wam niektóre moje turystyczne wyprawy solo, wycieczki grupowe, i wreszcie udziały w zawodach, o których wcześniej nie myślałam, nawet nie wiedziałam, że coś takiego jest organizowane w moim mieście. Im więcej kilometrów, tym lepiej sprawował się mój BBF. Jakby rozkręcał się razem ze mną.

Gdy w październiku miałam przejechać zadeklarowane 50 km w Rajdzie Kobiet 2025, obawiałam się i pytałam samą siebie, czy moja elektryczna maszyna da radę. Żeby było jasne - czy da radę pokonać ten dystans na jednym doładowaniu. O tym tylko myślałam. Ale dał radę i to koncertowo. Z kolejną wycieczką czy spacerowym wypadem poznawałam możliwości roweru, nauczyłam się go słuchać. To tak, jak kierowca samochodu, który zna każdy dźwięk swojego auta, który na ucho jest w stanie poznać, co i gdzie nawala. Mam ze swoim rowerem tak samo. Wciąż go poznaję, i staram wyczuwać co mu dolega, jeżeli dolega. Piszę Wam o tym wszystkim ponieważ porwałam się na rzecz do tej pory dla mnie niemożliwą. Na PROJEKT C O L O S S E U M.

                                               Jadę w stronę słońca

Co to takiego? spytacie. To wyzwanie, jak które wykonam, będzie świadczyło, że dla takich osób jak ja, dla takich pozytywnie zakręconych seniorek po siedemdziesiątce, NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH. Tym wyzwaniem jest pokonanie dystansu 1 315 kilometrów, powtórzę - 1 315 km, dystansu liczonego jako odległość z Polski do Włoch, a konkretnie do Rzymu, do COLOSSEUM właśnie. Wszyscy zawodnicy mają ROK czasu na zrealizowanie wyzwania. Mogą je wykonać w dowolny sposób. Rzeczywiście jadąc rowerem do Rzymu, albo wykonując pomniejsze dystanse na swoim terenie i w okolicach, albo nawet jadąc na rowerku stacjonarnym. Nieważne jak, gdzie i kiedy, ważne, by pokonać dystans i zmieścić się w czasie.

Myślę, że jestem przygotowana, mentalnie, psychicznie i fizycznie. Myślę, że nie nawalę. Czy rzeczywiście, za jakiś czas się przekonamy. Podobno idzie ciężka zima, a jak wiadomo, po śniegu nie każdy potrafi jeździć. Najwyżej odpuszczę na jakiś czas. Teraz jednak nie martwię się tym. Co będzie to będzie. Chciałam Wam powiedzieć, że dzisiaj tj. 6 listopada 2025 był pierwszy dzień moich zawodów. To znaczy, że dzisiaj przejechałam pierwsze 32 km z 1315 km. Zaczęło się. Trafił mi się znakomity dzień. Piękny, słoneczny i naprawdę ciepły jak na listopad. Jechało mi się wspaniale. Rowerzystów na ścieżkach jak mrówków. Korzystamy, bo nie wiadomo kiedy dopadnie nas zima.

Było tak pięknie, że grzech było siedzieć w domu. Pokręciłam się więc po Szczecinie wszystkimi możliwymi ścieżkami rowerowymi, odwiedzając ulubione dzielnice miasta. Wiecie, w ten sposób poznaje się nowe miejsca, widzi się jak wiele i jak szybko zmienia się miasto na plus. Jechałam sobie spacerowo, bez pośpiechu, delektując się słońcem i urodą okolic. Mijały godziny, kilometry, a ja myślałam sobie, jak pięknie spędzam emeryturę. I czego chcieć więcej? Tylko zdrowia, bo wiele kilometrów przede mną, wiele zawodów i wiele ciekawych rowerowych imprez. 

Wiecie, chyba sama sobie zazdroszczę.

PS - ważne, oto stan licznika rowerowego przed rozpoczęciem wyzwania. Po jego zakończeniu wynik powinien przedstawiać wartość 1865,4 przejechanych kilometrów.

Rowerowy RAJD KOBIET 2025 II

Wiadomość z ostatniej chwili. 

W poprzednim poście, własnoręcznie jak już wiecie, umieściłam zdjęcia dotyczące powyższego Rajdu, ale zabrakło tam dokumentu, który ostatecznie świadczy o moim w nim udziale. Chodzi o certyfikat, który właśnie dzisiaj tj. 5 listopada 2025 dostałam e-mailem od Organizatora Rajdu. Bez zbędnych więc słów umieszczam go poniżej, by się pochwalić pięknym dokumentem. 


FAJNY PRAWDA?

Rowerowy RAJD KOBIET 2025


Październik minął jak z bicza strzelił, ostateczne wyniki zostały podane zawodnikom i zainteresowanym osobom do wiadomości, zatem oficjalnie mogę Was poinformować o zawodach, jakie na Facebooku zorganizowała Grupa "ROWEROWE WYZWANIE". To ogólnopolski "Rowerowy Rajd Kobiet 2025", czyli październikowa akcja „Różowy Październik” trwająca od 1 - 31 października tego roku. Od razu zapisałam się na listę zawodników, otrzymałam nr startowy "21" i dołączyłam do rajdu, by nie tylko pokręcić kołem, ale by w celach charytatywnych zrobić coś więcej, dołożyć się do wspaniałej inicjatywy dla kogoś, kto tego bardzo potrzebuje. Bardzo Szczytny Cel.

Zawodniczki i zawodnicy mieli do wyboru trzy dystanse do przejechania - 20 km, 50 km i 100 km. Ponieważ mówię o zasięgu ogólnopolskim tej imprezy, każda osoba gdziekolwiek mieszka lub akurat by przebywała, tam mogła zrealizować wyzwanie w dowolny dzień i w dowolnym miejscu. Pojechałam sama, ale można było też pojechać w towarzystwie jednej lub grupy osób. Rodzina, przyjaciele, chętni znajomi. Każdy przejechany kilometr każdej zawodniczki i zawodnika wspierał w tym samym czasie ciężką walkę z rakiem piersi nieznanej nam wojowniczki. Matki dwójki dzieci. Tak więc ta akcja i nasza wspólna aktywność nabrała ogromnego znaczenia.

Organizator powiadomił nas, że - "z każdego pakietu startowego przekazujemy 5 zł na wsparcie leczenia matki dwójki dzieci walczącej z rakiem piersi. Twój udział w rajdzie to nie tylko sport, to akt solidarności, który realnie pomaga i daje siłę. Jedźmy razem, jedźmy dla życia".

Piękne wezwanie i wyzwanie. A ponieważ mogłam sama zadecydować o trasie, liczbie kilometrów i miejscu, tym bardziej mnie to zmotywowało do działania. Wybrałam piękną trasę, która wiodła super ścieżką rowerową prowadzącą mnie przez lasy, małe i większe miejscowości, przez urocze dróżki w scenerii jesiennych krajobrazów. Niektóre z nich już znałam, inne dopiero poznawałam, po drodze przystawałam na chwilę, by choć przez kilka sekund pozachwycać się urodą mojego regionu. Wyobraźcie sobie, słońce i ten wspaniały zapach trawy, krzewów i drzew. I droga jak na zamówienie.


Po drodze jak zwykle spotykałam innych rowerzystów i kolarzy, a nawet spotkałam niecodzienny wehikuł przypominający rower, na którym leży się jadąc. Aż przystanęłam, by się pogapić. Z bliska taka maszyna wygląda inaczej niż na obrazku. Przyznam, było przeżycie. Gdy niektórzy dowiadywali się ode mnie, w jakim celu jadę swoje 50 km wzruszali się, podziwiali, a nawet jednej koleżance łezka pokazała się w oku. Też się wzruszyłam, bo jak tu się nie wzruszać. No tak, więc już wiecie, że z proponowanych dystansów wybrałam ten drugi - moją różową 50-tkę. Chciałam po prostu w szczególny sposób nadać rangi temu wydarzeniu. Na mapce widać trasę 26,2 km, którą przejechałam w tę i z powrotem, co dało wymagany wynik.

Nadać rangi, to znaczy w szczególny sposób zaznaczyć i ten dzień, i samą akcję, i to, że odważyłam się na pokonanie tego akurat dystansu. Wcześniej jechałam swoje 15 - 25 km, co stało się dla mnie jakby normą kilometrową. A 50 km to nie było tylko wyzwanie, to było już coś. Dla mnie. Okazja do sprawdzenia się. Sprawdzenia, jak dawna sprinterka po latach poradzi sobie nie z metrami, a z kilometrami i na rowerze. Sprawdzian własnych możliwości? Może. Tak. Ale też i ciekawość jak sobie poradzę. Poradziłam sobie nawet dobrze, bo przejechałam 51,4 km w czasie netto 3:30 h. Bez najmniejszego uszczerbku dla siebie i roweru.


Piszę bez uszczerbku, ponieważ na niektórych odcinkach trasy musiałam uważać. Mokre liście po wcześniejszym deszczu, jakieś kałuże, błotne ścieżynki, korzenie, drobne kamienie. Normalka. Za tę szczytną aktywność czekała każdego zawodnika nagroda. Oprócz koszulek zawodnika, kominów i opasek na głowę, oprócz certyfikatu imiennego z wynikiem, przepiękny odlewany medal. Jest naprawdę piękny. I już jest mój i na zawsze. Mam teraz dwa medale, a trzeci zdobędę niebawem, w listopadzie. Szczegółów na razie nie zdradzę. Jak go już będę miała, jak najszybciej pochwalę się Wam osobnym postem. 


Ponieważ w całej Polsce wiele osób brało udział w zawodach, wyobrażałam sobie jakie trasy były wybierane. Na pewno szosa, ścieżki asfaltowe i szutrowe, ścieżki typowo rowerowe wiodące ulicami miast i miasteczek, na pewno lasy i... góry. I właśnie tych gór zazdrościłam koleżankom i kolegom z wiadomego powodu. Bo kocham góry, po prostu. Byłam wiele razy w wielu miejscach, a najczęściej w ulubionych Bieszczadach. Wyobrażam więc sobie, jak to by było pojechać podobny Rajd właśnie tam. Apropos… chcę was uroczyście zapewnić, że ten "Rowerowy Rajd Kobiet 2025" nie jest moim ostatnim. Zapisałam się na kolejne wyzwanie, ale o tym następnym razem.


A to ja, wreszcie mogę się Wam przedstawić. A to oznacza, że nauczyłam się przenosić zdjęcia z telefonu na komputer. Bez niczyjej pomocy. Jestem z siebie dumna z tego powodu. Jednak i z tego, że jako "siedemdziesiątka" miałam odwagę podjąć powyższe wyzwanie, dołączyć do innych i przejeżdżając wybrany dystans pomóc w sprawie arcy ważnej. Magiczne zdanie >razem możemy więcej< działa. W wielu podobnych akcjach GRUPA "ROWEROWE WYZWANIE" brała udział.  Ta była kolejna i tym razem beze mnie się nie obeszło. 

Czuję, że moja przyszłość przybierze na dłużej piękną barwę różu.

PS - no i najważniejsze, pewnie jesteście ciekawe które miejsce ostatecznie zdobyłam. W ogólnopolskim rankingu zajęłam 214 miejsce.


Obraz: *Internet  

ISTNIEJE r e c e p t a na szczęście?


Zwróciłam uwagę na takie zdanie, że jest coś takiego, jak recepta na szczęście. Że to coś osiągają osoby w średnim wieku. A co to w ogóle jest ten wiek średni? To umowne określenie ludzi, którzy przekroczyli 50-tkę, mają już ugruntowaną pozycję rodzinną i zawodową, mają doświadczenie. Można tak powiedzieć? Myślę, że znalazłoby się jeszcze kilka innych definicji. Jednakże, czy powiedzenie, że tylko ludzie w średnim wieku znają receptę na szczęście, jest trafne? Można się z tym zgodzić i nie. Ponieważ różne są doświadczenia i różne są ludzkie historie. Eksperci (naukowcy) od Psychologii, po latach pracy, którzy szczycą się większą wiedzą od wiedzy przeciętnego zjadacza chleba, są przekonani o prawdziwości swoich tez.

Zastanawiam się, czy ta moja wieloletnia pogoń za życiowymi celami, ten rozwój kariery zawodowej, możliwość spełniania marzeń, czy to wszystko sprawiało, że byłam wówczas szczęśliwa? Przecież jakiś procent z tej pogoni nie został zrealizowany. Przecież stawiane samej sobie pytania, czy warto było dalej "bić" się o swoje, pozostały w sferze pytań. Z różnych powodów. Choćby z braku czasu. Choćby z natłoku obowiązków. Te zrealizowane przynosiły satysfakcję, ale czy szczęście? Może i są to niemądre rozważania, ale przekroczyłam nie tylko ten średni wiek, ale wkroczyłam w jesień życia, również określenie stosowane umownie. Taka jest kolej rzeczy, starzejemy się mając na koncie różne życiowe finały.

Podobno, gdy jesteśmy starsi, nie działają już na nas dobra wyższego poziomu, czyli np. większe pieniądze, za które można kupić większe przyjemności. Pytam zatem samą siebie, czy tu i teraz posiadanie czegoś więcej uszczęśliwiłoby mnie? Nie mam już samochodu. Jeżdżę rowerem. Ciuchów mam tyle, że nie tracę pieniędzy na nowe (z bardzo nielicznymi wyjątkami). Znoszone trzeba wymieniać na nowe. Świat już mnie nie nęci (podróże), teraz zwiedzam różne miejsca w swoim mieście i jego okolicach. Satysfakcjonuje mnie i czyni szczęśliwą to, że jadąc na rowerze mam okazję na spokojnie i na własne oczy oglądać swój kawałek świata. A przecież nie byłam w wielu innych pięknych miejscach. I jakoś mi do nich nie tęskno.

Będąc dzisiaj po siedemdziesiątce mam to, co mam. A zatem w tytułowym powiedzeniu wyżej przytoczonym znajduję sens. Kiedyś czym innym byłam zainteresowana z racji innej rzeczywistości mnie otaczającej. Dzisiaj, kiedy już nie muszę pędzić za czymkolwiek, liczy się dla mnie spokój i możliwość spokojnego spędzania czasu. Czas stanowi dla mnie wartość. Cenny czas. Jeżeli to o czym piszę stanowi sekret szczęścia, to niech tak będzie. Nieważne jakimi słowami określi się taki stan rzeczy. Ważne, by w ogóle istniała możliwość cieszenia się z niezwykłości samego życia. Nie chcę już niczego więcej, ale jednocześnie nie chcę, by cokolwiek umniejszało temu, co mam. Zbyt szanuję to co mam.

Mimo, że świat pędzi do przodu, mimo że coraz atrakcyjniejsze zdobycze mamy w zasięgu ręki, to namacalnie wręcz cieszę się, że jest mi to obojętne. Obojętne, bo nie mam wpływu na cokolwiek ważnego. Te sprawy są poza mną. Cieszę się, że inni doświadczają sukcesu i to, co sobą niesie. Martwi mnie, że jednak by ten sukces osiągnąć, ludzie ponoszą ogromne trudy. Szybciej wypalają się zawodowo, szybciej wyczerpują zdrowie, tkwią mimo to w tym zaklętym kole potrzeb. Widzę jak kolejne pokolenia kroczą tą samą drogą, drogą pogoni za szczęściem, jak nazywają. Czy choć niektórzy z nich kontrolują dzisiaj siebie i swoje zachcianki na tej drodze? Czy choć załapują, że szczęście nie zależy od zdobywanych dóbr, od ich pomnażania?

Umiejętność doceniania tego, co się ma, rodzinę, przyjaciół, zdrowie w dobrej kondycji, słowem poukładane życie, to sztuka. Docenianie najzwyklejszych chwil dnia codziennego, to sztuka. Zwykłe zadowolenie z prowadzonego życia, to sztuka. Brak potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek, to sztuka. Bycie przyzwoitym i wdzięcznym losowi, to sztuka. Zatem tak, receptę na szczęście odkrywa się nieco później, po wielu latach starań. By ją odkryć, najpierw jednak trzeba popełnić parę błędów, by docenić smak sukcesu. Trzeba przeżyć parę porażek, by dowiedzieć się jak ciężko jest wypracować sukces. Trzeba doświadczyć wielu rzeczy, miłych i przykrych, by móc z czystym sumieniem i obiektywnie ocenić własne życie. Tak właśnie myślę.

Wniosek: receptę na życie każdy ma własną. Opartą na własnym doświadczeniu. Jestem zadowolona, że nigdy nie wpadłam w życiową rutynę, że mogłam i nadal mogę spędzać życie po swojemu. Życie to cenny dar, który należy chronić. 


Obraz: *Internet 

H O M O wędrownikus


 Niestety przyszła pora, by oddać rower do Serwisu na kontrolne oględziny. Odstawiłam więc dzisiaj swojego smoka pod opiekę pana Tomka, który trochę się nad nim poznęca. Sprawdzi to i owo, nasmaruje co trzeba nasmarować, podkręci śrubki. Rower będzie pod jego opieką jeden dzień, czyli mam wolne od jeżdżenia. Zajmę się zatem wytyczaniem kolejnych tras przy pomocy mapy. To niezła zabawa. Zdumiewa mnie, jak można się przy tym nieźle bawić i przy okazji uczyć. Zawsze mówiłam, że żaden ze mnie harcerz. A mówiłam tak nie bez powodu. Orientacja w terenie jest dla mnie  zagwostką, z którą od lat walczę, ale na spokojnie. Teraz o dziwo idzie mi coraz lepiej. Może dlatego, że chcę? Może.

Ale nie tylko zabawę z mapą mam w planach. Wymyśliłam wycieczkę, pieszą. Wybiorę jedną z wytyczonych tras rowerowych i przejdę się po niej spacerkiem. Planowany czas to kilka popołudniowych godzin. Przeznaczę je nie tylko na spacer, ale na obiad w terenie w restauracji, która akurat jest na trasie. Już się cieszę, nie tylko ze względu na kontakt z otoczeniem, ale ze względu na zmiany, jakie zachodzą w moim życiu. Te zmiany, to WYCHODZENIE Z DOMU. Codziennie. Coraz więcej czasu na to poświęcam, kosztem książek, które jeszcze kilka miesięcy temu wręcz pochłaniałam. Teraz rośnie stos tych nieprzeczytanych, a zięć tylko kiwa głową. Również lubi czytać i rozmawiać o książkach jak ja.

Zmiany, zmiany, zmiany. Szczególnie te na lepsze. W moim życiu to nie jakiś armagedon, ale mała rewolucja, zamieszanie, do którego można się przyzwyczaić, można je zaakceptować i niemal całkowicie zmienić swój tryb życia. Z kanapowca, którym przez chwilę byłam, na osobę aktywną. W pełni tego słowa znaczeniu. Śmieję się czasami z siebie, że wychodzę z domu przed południem, a wracam przed wieczorem. Jakbym wychodziła do pracy. Reszta obowiązków domowych została temu "nowemu" podporządkowana. I jest dobrze. Żadnych zakłóceń nie ma. I już myślę nad tym, jak będzie wyglądać mój dzień zimą. Wszak zmiana pory roku może mieć wpływ na przyzwyczajenia. 

Ale nie martwię się, ponieważ jest wielu "zawodników", którzy uprawiają swoje sporty, jakie by one nie były, bez względu na porę roku. A po drugie bardzo lubię zimę i dobrze się z nią czuję. Kiedyś mówiłam, że gdybym miała okazję, to mieszkałabym w Laponii. Ze względu na aurę jaka tam właśnie panuje. Mam znajomą, która tak kocha słońce, że pół roku mieszka w Polsce, a pół roku w Hiszpanii. Może sobie na to pozwolić i jest szczęśliwa. Ja mam na odwrót. I chyba w nowym otoczeniu również byłabym szczęśliwa. W końcu po śniegu też można jeździć rowerem. Śmiałków nie brakuje. Teraz zrobię małą przerwę w pisaniu i... pójdę na ten spacer, o którym wyżej wspominałam.


Powrót i wrażenia. Leśna część parku  o zachodzie słońca wygląda jak z bajki. Jestem trochę zmęczona. Dostałam w kość. Marszowy spacer to nie jazda na rowerze. Oj nie. Piszę "marszowy", bo starałam się iść żołnierskim krokiem. Z zachowaniem prawidłowej postawy, z utrzymywaniem równego oddechu. Wykonując kroki, stawiałam stopy "pięta palce", odpowiednio napinałam mięśnie nie tylko pośladków, co powodowało płynne poruszanie się i pracę wszystkich mięśni. Ważne też było zachowanie równego tempa. I tak przez kilka godzin z krótkimi przerwami, wskazanymi przez zdrowy rozsądek. Miałam wodę i przekąski. Miałam wszechobecny tlen do dyspozycji i piękno Natury. Wszystko razem zadziałało koncertowo. 

Umysł dostał swoje i organizm dostał swoje. Zdrowe ciało zdrowy duch.

Ponieważ jak wiecie, zasady jakiegokolwiek ruchu nie stanowią dla mnie tajemnicy, bo tym zajmowałam się zawodowo, nie było mi trudno zaopiekować się sobą pod kątem pracy nad ogólną kondycją. Spacer potraktowany jako trening każdemu się przydaje. Kiedyś drwiono ze spacerów. Nie traktowano jako dyscypliny sportowej. A jest nią. Chociażby dla seniorów, dla osób cierpiących na trudność w poruszaniu się. Spacer to jedno wielkie z d r o w i e, bezcenne. I na szczęście coraz więcej Polaków to dzisiaj rozumie. A rowerzystów ilu dzisiaj widziałam, nie widziałam za moich czasów. Bo rower nie był tak popularny jak jest dzisiaj. Ludzie potrafią jeździć nawet późnym wieczorem.

Nie siedzą w domach przed telewizorami, tylko wychodzą do parków pobiegać, pojeździć, pospacerować. Coś wspaniałego. I jestem jedną z nich. Buduje mnie to i motywuje. Namawiam do regularnych spacerów. Namawiam do aktywnego stylu życia. Każdego. Bo RUCH to ZDROWIE, RUCH to ŻYCIE. Jest już 20:15, za oknem ciemno, kończę więc pisać, bo znowu się rozgadałam.  


Obraz: *Internet

FASCYNACJA T R W A


Moją lekturą od pewnego czasu są książki i przewodniki drukowane dotyczące turystyki rowerowej w Polsce. Należy obowiązkowo przyznać, że ta dziedzina bardzo prężnie rozwija się. Budowane są trasy i szlaki rowerowe. Widzę to po swoim mieście, w którym regularnie przybywa tras rowerowych. Każdy może z nich korzystać bez względu na stopień zaawansowania.  Wszak chodzi o aktywny wypoczynek połączony z poznawaniem bliższych i dalszych okolic miejsca zamieszkania. Na teraz interesuję się krótkimi dystansami, ale z czasem, gdy kondycja będzie lepsza i gdy zdrowie pozwoli, ilość kilometrów pod kołami będzie się zmieniać. Tak więc książki i przewodniki o powyższej tematyce są nieocenioną pomocą.

Przypomniałam sobie dzisiaj swojego trenera, który zawsze powtarzał, że dla prawdziwego sportowca pogoda nie ma znaczenia, szczególnie niesprzyjająca. Kiedy przychodził czas zawodów, mogło być różnie, ważne by tylko nie padał deszcz. Tego nikt z zawodników nie lubił. To było dawno temu. Teraz, wspominam tamte czasy, trenera i jego nauki. A powodem tych wspominek jest chwiejna pogoda, która dzisiaj przeszkadza mi w moich rowerowych planach. Dawno już nie jestem zawodniczką, ale chcę tak jak kiedyś być zdyscyplinowaną. Przeszkadza mi w tym deszcz. Jako dziecko latałam po kałużach. Jako nastoletnia dziewczyna, obozowiczka włócząca się po górach w ramach narzuconych treningów, chodziłam boso po asfaltach i innych ścieżkach, skąpanych w strugach deszczu.

I było fajnie. Teraz nie jest fajnie, bo nie lubię moknąć. Dlatego tak wkurza mnie deszcz. Bo nie mogę wychodzić na rower. Nawet piechurów nie widać. Przestałam być zawodniczką, za to stałam się strasznie wygodną emerytką. Lubię przemieszczać się z miejsca na miejsce, chciałabym robić to codziennie. Nie mogę, bo... pada deszcz. Zatem przy pomocy świetnej mapy zajęłam się planowaniem. Każdy wyjazd planuję ze szczegółami, za każdym razem staram się wytyczać inną trasę, za każdym razem odkrywam też coś nowego, i za każdym razem cieszę się z tego jak dziecko. Ogarnęło mnie rowerowe fiu bździu. Same widzicie, że mój kolejny tekst dedykuję mojej fascynacji. Nie wiem dokąd doprowadzi mnie ta rowerowa faza, ale nie martwię się tym.

Na razie każda moja wycieczka obliczana jest na 2-3 godziny, w tym czasie przejeżdżam około 20-25-30 km.(różnie to bywa) spokojnym tempem. Nigdzie się nie śpieszę. Nawet są momenty, kiedy zsiadam z siodełka i prowadzę rower, by "rozprostować nogi". A tak naprawdę by odpoczęły pośladki, bo jednak jeszcze nie są przyzwyczajone do siodełka. Idę więc sobie spacerkiem, obserwuję ludzi, albo sprawdzam w telefonie trasę. Czyli zachowuję się jak klasyczna początkująca. Marzy mi się dłuższa wycieczka, taka z miasta do miasta, albo miasteczka, albo nawet do pobliskiej wsi, by zobaczyć, czy mogę pozwolić sobie na więcej. Zaplanowałam taką wyprawę, ale nie jestem jeszcze na nią gotowa. Jak będę, opiszę ją na blogu.

Wyrwanie się poza granice miasta wymaga porządnego przygotowania. Zdaję sobie z tego sprawę. Czytam więc na ten temat, a niektóre pomysły i propozycje już realizuję, by nie marnować czasu. Wszystko jest tu ważne, kondycja, rower, części zapasowe w razie "W", bagaż, a nawet pogoda. Myślę też o nauczeniu się wymiany opony. Czynność ta nie wymaga dużej siły, ale wiedzy i zręczności już tak. Mam kogoś, kto może mi w tym pomóc. To już coś. Muszę też liczyć się z niespodziankami na drodze. Skoro więc myślę o takich sprawach, świadczy to o tym, że tryby mojej rowerowej przygody ruszyły z tempa. Nie ma już odwrotu. Pociąga mnie rowerowa turystyka i z tego powodu przeżywam emocjonalną huśtawkę. Od niepokoju, po ciekawość i ekscytację.

Przyznaję, lubię to uczucie. Jestem przekonana, że obawy i wątpliwości znikną, gdy nabiorę większego doświadczenia w tej dziedzinie. Myślę, że z każdym następnym kilometrem będzie łatwiej. Już czuję w zasięgu ręki tę przestrzeń, ten przysłowiowy wiatr we włosach. By tego doświadczyć, wystarczy wsiąść na rower i pojechać przed siebie. Gdybym mogła stałabym się prawdziwą rowerową podróżniczką. Ponieważ nie mogę, organizuję sobie wycieczki zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Nie pojadę wprawdzie do Egiptu, jak kiedyś marzyłam, ale mogę pojechać do miasteczka, w którym mieszkali moi rodzice. Odległość - 40 km. w jedną stronę. Najwyżej wrócę pociągiem. Albo... przenocuję tam w hotelu i wrócę do domu na kołach. 

To by była niesamowita przygoda. Chyba przygoda życia. Siedemdziesiątka na rowerze. A dokładniej mówiąc, siedemdziesiątka na poważnej rowerowej wyprawie. Jak na siedemdziesiątkę, oczywiście. Powiem Wam, że powoli odkrywam w sobie coś dotąd nieznanego. Nie potrafię tego nazwać. Ale to coś, co mnie pcha do przodu. Coś, czego wcześniej we mnie nie było. Nie wyjaśnię Wam tego, bo samej sobie nie potrafię wyjaśnić. Czuję jednak, jak silnie to we mnie tkwi. Mówi się, że do odważnych świat należy. Może czas sprawdzić, czy jestem odważna. Czy jestem odważna na tyle, by słowa zamienić w czyn. Może to o to chodzi. Naprawdę... sama jestem ciekawa. 

MOJE MOTTO: MASZ NOWY CEL PRZED SOBĄ, TO ZNACZY ŻE ŻYJESZ


Obraz: *Internet

M A R Z E N I E


Kto nie ma marzeń. Każdy z nas je ma. Są te łatwe do zrealizowania i trudne, nad którymi długo się myśli. Bywają takie, które z różnych powodów są nieosiągalne. Pozostają więc tylko marzeniem. Miałam kiedyś takie, z czasów młodzieńczych. Wyjazd do Egiptu. Właśnie tam, ponieważ pociągała mnie i fascynowała historia tego kraju. Ile książek się naczytałam na ten temat i ile filmów naoglądałam, wiedziała np. moja Mama, bo wciąż goniła mnie, bym wreszcie zgasiła światło. Gasiłam światło, ale czytałam dalej pod kołdrą w świetle latarki. Mama i tak wiedziała, że dalej czytam. Jak to Mamy. Nie zrealizowałam tego marzenia, nie byłam w Egipcie ani razu. Ale inne będące w zasięgu mojego portfela zostały zaliczone.

Dzisiaj, kiedy od ponad dwóch miesięcy mam swój rower, zdałam sobie sprawę, że jest on moim marzeniem samospełniającym się. Ot wyszło niechcący, że go kupiłam. Powód był raczej przyziemny, miał "kto wozić" moje zakupy. Ale wiecie jak to jest, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie wystarczała mi już rola wielbłąda, potrzebny był mi transporter. No i mam - dwa w jednym. Zdałam też sobie sprawę, że oto spełniam marzenie, o którym wcześniej w ogóle nie myślałam. Z braku czasu z wiadomych względów, świat na co dzień oglądałam albo zza jakiegoś okna, albo na filmach. Teraz z powodu roweru jestem w środku tego świata. Małego, bo lokalnego, ale lepsze to niż pejzaż z okna. Na odległość świat wygląda inaczej, w bezpośrednim kontakcie inaczej. 

Migawki filmowe albo internetowe wydawały się takie piękne, że aż nierealne. Mam teraz okazję namacalnie sprawdzać rzeczywistość. Czy jest prawdziwa. Zatem to, co kiedyś było obrazkiem, stało się prawdziwe i można tego dotknąć. To co, cały czas żyłaś w zamknięciu? - spyta ktoś. Nie, oczywiście że nie, odpowiem. Wycieczki, obozy turystyczne, obozy treningowe w plenerze, ogniska i inne takie imprezy, bywały moim udziałem, ale to było dawno temu. A ja mówię o czasie tu i teraz. Bo tu i teraz, będąc na emeryturze, mam chrapkę na spełnianie marzeń innego rodzaju. Tamten mój kontakt ze światem był, że tak powiem, obowiązkowy. Ten jest świadomy i tylko dla mnie. Tylko dla mnie. Czujecie różnicę? 

Teraz słońce wschodzi jakby inaczej. Świat w jego promieniach wygląda inaczej. Dzisiaj zauważam drobiazgi, których kiedyś nie widziałam. Dzisiaj świat wygląda jak bajka, kiedyś był dla mnie zwyczajnym widokiem. Dzisiaj wiem, że to też i moja bajka. Stoję sobie z rowerem, moim nowym przyjacielem, na małej polance i patrzę w niebo, słucham odgłosów Natury. Trele ptaków, szum liści, zapach, atmosfera. Docierają do mnie bezpośrednio i cieszą mnie jak nigdy wcześniej. Jakieś dziwne kropelki unoszą się w powietrzu jakby nie było grawitacji. Słońce takie gorące, a jakie ciche. I te dyskretne bzyczenie owadów. Aż usiadłam z wrażenia, że to wszystko tak na mnie działa. Wzruszyłam się nawet.

Czegoś podobnego dawno nie przeżywałam. Nie przeżywałam, bo w życiu dorosłym nie miałam na to czasu. Nie miałam czasu na świat. Dlatego teraz, skoro już ten czas mam, zaczęłam się starać by go poznać. By go poczuć. By w nim być. Tam, na tej pachnącej polance, poczułam się jego częścią. Dosłownie. Poczułam tego świata niezwykłość. Poczułam też, że właśnie to jest moim marzeniem - poznawanie świata. Mojego lokalnego małego świata. A rower stał się moim środkiem do celu. Zrobiłam bardzo ważny krok do przodu i nieważne, że wkrótce może okazać się on większy ode mnie. Mogę się potknąć, mogę nabić sobie guza, ale zacisnę zęby i pojadę dalej. Przekonuję się na gorąco, że w zakresie swoich możliwości, spełniam właśnie swoje marzenie. 

To piękne, że mogę robić właśnie to. A mogę, bo było ono na wyciągnięcie ręki. Było tam zawsze, było tam gdzie skończyła się wymówka, jest tam gdzie zaczęło się działanie. Już czuję się wybrana. Ale to nie wystarczy. Wiem, że trzeba być konsekwentną i wytrwałą. Będę. Bo warto. A warto, bo wyszłam z domu. Dzisiaj siedziałam na polance w lokalnym parku, jutro mogę siedzieć na podobnej, ale np. 100 km dalej od domu. To wcale nie tak daleko. Jasne, że nie od razu i nie bez wysiłku będę kontynuować realizację tego marzenia. Wiem, że ta polanka gdzieś tam jest, że nie ucieknie mi, że na mnie czeka. Wszystko w swoim czasie, prawda? 

Dużo się zmieniło. Od okna, przez które patrzyłam na świat do teraz, kiedy bezpośrednio mam z nim do czynienia. Wiem też, że mogę więcej. Nie muszę zachwycać się widokiem, mogę nim żyć, i nie jest to tylko sen. A ja mam wielką ochotę zgubić się w tym moim na razie lokalnym świecie.


Obraz: *Internet 

WRESZCIE nikt mi nic nie każe


Wybrałam się dzisiaj na kolejną wycieczkę rowerową mimo wyjątkowo słonecznej aury. Nie było za tłoczno. Wysoka temperatura zatrzymała mieszkańców miasta pod dachami i prawdę mówiąc, nie jest wskazana dla seniorów z różnych powodów. Najważniejsze są te zdrowotne. Podczas jazdy udawało mi się jednak unikać słońca, ponieważ trasa wiodła akurat poprzez ocienione drzewami odcinki. Miałam więc i słońce i cień. I czas, by zmierzyć się z przemyśleniami. W sumie były to dla mnie dobre przemyślenia. Dobrze po ponad godzinie tej miejskiej włóczęgi wróciłam do domu i od razu przelałam na klawiaturę to wszystko, co szwendało mi się po głowie. No więc...

... całe lata bycia pod kontrolą mam za sobą. Do baletu zaprowadzała mnie mama i patrzyła jak ćwiczyłam. Czasami miałam wrażenie, że była moim nadzorcą i że zaraz mnie skarci, jak coś źle zrobię. Gdy trochę podrosłam, zdałam sobie sprawę, że ten balet nawet mi się podoba i zaczęłam starać się dla samej siebie. Roiło mi się, że wyląduję w jakiejś szkole baletowej poza domem, a po latach ciężkiej harówy zostanę znaną baleriną. Tak się nie stało, bo upomniała się o mnie lekkoatletyka. Na lekcjach w-fu okazało się, że mam talent do biegania i trener wyznaczył mi miejsce w szkolnej kadrze. Balet przegrał ze sportem. Zyskałam trenera, a tak naprawdę kolejnego nadzorcę. Był gorszy od rodzicielki.

Ale co ja tam mogłam. Ponieważ byłam bardzo posłusznym dzieckiem, poddałam się dyktatowi jednego człowieka, który wówczas decydował o moim życiu. Był moim drugim, tym ważniejszym rodzicem. Nie obejrzałam się, a minęło tak wiele lat. Obudziłam się z tego "sportowego snu" jako dorosła osoba, samostanowiąca o sobie. Niezależna. Nieźle zarabiająca. Pani trenerka. Personalna, żeby nie było. Czy aby na pewno niezależna? Na początku tak mi się wydawało. Ale szybko dotarło do mnie, że nic się nie zmieniło. Niby nie miałam już nadzorcy, ale i tak czułam presję. Kto na mnie naciskał? Ja sama. Bo żeby być dobrą trenerką, musiałam wyglądać, więc dalej ciężko pracowałam nad sylwetką, by być dobrym przykładem i motywatorem dla podopiecznych i klientów.

Można by rzec, że sama zaopiekowałam się sobą. Stało się to wręcz moją misją. By móc uczyć klientów i dobrze trenować swoich podopiecznych, by móc wpajać im zdrowe nawyki zgodnie ze sztuką, zachowując zaangażowanie i uważność (po pierwsze nie szkodzić), sama musiałam żyć zgodnie z własnymi zasadami. A właściwie według zasad nowego popkulturowego trendu głoszącego "kult ciała". Nagle, ni stąd ni z owąd, zrobił się wokół globalny szum, a wartość rynku Fitness i Wellness poszybowała w górę. Fitness stał się kopalnią złota dla zainteresowanych. A ja byłam w samym centrum tego szumu. I popłynęłam razem z nim. Świadomie. Moim kolejnym w życiu nadzorcą stała się moja praca.

Przyznam, że lubiłam ten kierat, ten stan zaangażowania we własny zawodowy rozwój. Tak byłam skoncentrowana na nim, że nie zwracałam uwagi, ba, było mi obojętne, czy przy okazji ktoś każe mi robić to, co i tak z przyjemnością robiłam. Moja praca przynosiła mi wiele satysfakcji. Ja byłam dumna z moich podopiecznych/klientów, a oni byli dumni ze mnie. Nic innego się nie liczyło. A jednak nie było łatwo, lekko i przyjemnie. Ciężar odpowiedzialności spoczywał na mnie ogromny. I ta presja, że wszyscy na ciebie patrzą, kontrolują. Ciężar tego niewidzialnego wzroku był czasami nie do zniesienia. Ale radziłam sobie. W końcu zaliczyłam całe lata praktyki takiego kontrolingu.

Dzisiaj, gdy o tym wszystkim myślę, wydaje mi się to takie odległe, takie poza mną. Bo dzisiaj, wreszcie nikt już mi nic nie każe. Dzisiaj nikt ani nic na mnie nie naciska, niczego ode mnie nie wymaga. Nawet ja sama uspokoiłam się. Dzisiaj wsiadam na swój rower i jadę, a droga sama nas prowadzi. Przy okazji zauważyłam też, jak mocno i jak pozytywnie wpływa na mnie bliski kontakt z Naturą. Wniosek - dzisiaj nic nie muszę, a robię cokolwiek bo chcę. Jest coraz fajniej. To chyba jest wolność, prawda?


Obraz: *Internet 

W A Ż N E decyzje


Tak jak przy kupnie pierwszego w życiu komputera wiedziałam, że ma to być laptop, tak przy kupnie roweru wiedziałam, że ma być to elektryk, a raczej rower wspomagany elektrycznie. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale do tej pory jakiekolwiek podejmowałam tego typu decyzje, sprawdzały się potem. Dzisiaj po latach użytkowania powiem, że w życiu nie zamieniłabym laptopa na komputer stacjonarny, a po dwumiesięcznym użytkowaniu mojego e-BBF, nie zamieniłabym go na rower analogowy. Tak się teraz mówi - analogowy. Słowem, jestem bardzo zadowolona z wyboru. Ale to ja. Gdy rozmawiam z innymi osobami na temat elektryków, mówią różnie. Sądzę, że kierują się swoimi kryteriami. W końcu co człowiek, to inne potrzeby.

Żeby był to akurat elektryk, a nie inny rower, zanim go kupiłam, bardzo dużo czytałam o nim w internecie i zadawałam pytania panom w różnych sklepach rowerowych. Zdobywałam wiedzę, a wraz z nią rosło moje przekonanie i zdecydowanie. Przecież jestem seniorką, moja kondycja nie jest już taka jak za młodu, zatem potrzebuję wspomagania. Oprócz zbudowania na nowo kondycji po doświadczeniach covidowych, innym jeszcze powodem była np. chęć dłuższej obecności na zewnątrz. Nie tylko potrzeba uczestniczenia w życiu społecznym, ale też korzystania z dobrodziejstw natury. Takie przyjemne z pożytecznym. Niby jeżdżę solo, ale jestem również jedną z wielu uczestników tej "zabawy". 

Jedni spacerują, inni poruszają się na swoich pojazdach, a ja mam elektryka.

Fama głosi, że elektryki są tylko dla słabeuszy i dla seniorów. Ale wiecie, już trochę jeżdżę na swoim i widuję od czasu do czasu młodszych rowerzystów też na elektrykach. Musimy pamiętać, że zaletą takiego roweru jest to, że możemy się na nim wygodnie przemieszczać po mieście i poza miastem. Wspomnę o walorach użytkowych takiego wehikułu, które w wielu przypadkach przewyższają walory poruszania się samochodem. Mimo swoich wad, wszak nie jest idealnym pojazdem, to jednak rower bardzo ułatwia życie. Ponieważ na rynku jest dużo różnych firm rowerowych, każdy zawsze znajduje coś dla siebie. Są też do wyboru skutery i motorynki, ale te pojazdy mają zezwolenie na poruszanie się po mieście z prędkością powyżej 25 km. 

Mały kłopocik w tym, że obowiązkowo trzeba taki pojazd zarejestrować, jak samochód. Wspólny mianownik dla wszystkich tych maszyn, to dwa koła, zatem dla wielbicieli jednośladów wybór jest szeroki. Nie zapominajmy, że definicja roweru i jego użytkowanie jest określona paragrafami, do których mamy obowiązek się stosować. Jaki w Polsce użytkownicy rowerów mają stosunek do przepisów, sami widzimy. Zatem jeżdżę spokojnie, pilnuję prawej strony, na razie jeszcze przechodzę przez jezdnię na czerwonym (większość przejeżdża), uważam na przechodniów, trzymam się wyłącznie tras rowerowych, albo wyznaczonych dla rowerów "tasiemek". Nie przekroczyłam jeszcze prędkości 20 km choćby dlatego, że delektuję się samą jazdą.

To też jedna z tych ważnych decyzji, które czasami, w sytuacjach podbramkowych, mają decydujące znaczenie. Lepiej unikać kolizji czy wypadków, niż ponosić konsekwencje złych wyborów. Piszę o tym, ponieważ właśnie dzisiaj jadąc swoim tempem do parku, zauważyłam karetkę pogotowia, obok której ratownicy udzielali pomocy rowerzyście. Nie wiem co zaszło, ale chyba coś poważnego, ponieważ umieszczono rowerzystę w karetce i ta na sygnale odjechała. Na pewno do szpitala. Od razu to na mnie zadziałało. Zaczęłam wolniej i uważniej jechać. Jakoś tak mam, że widok karetki robi na mnie wrażenie. A jak wszyscy wiemy, rowerzystów na drogach przybywa. Robi się tłoczniej, a w związku z tym, mniej miejsca dla wszystkich.

Wracając do tematu elektryków. Bardzo pomocna to maszyna, gdy chcę załatwić parę spraw. Kiedyś poruszałam się taksówkami, albo chodziłam pieszo. Jednak taksówka to droga inwestycja, a znowu poruszając się piechotą, więcej czasu zajmowało mi załatwianie spraw. I tak mijały lata. Obecność roweru w moim życiu zmieniła bardzo wiele. Nie tylko jest przyjemnością i radością, ale wspaniałym pomocnikiem. No i w razie "parkingowania" nie zajmuje zbyt dużo miejsca. Zawsze znajdzie się jakiś metr kwadratowy by go postawić np. przy sklepie, przychodni, czy urzędzie. Ponieważ każda z nas ma sporo spraw do załatwienia na mieście, również i ja tak mam, to ważną rzeczą jest, czy w ogóle lubimy jeździć na rowerze. 

To naprawdę ważny szczegół. Odkryłam, że bardzo lubię przemieszczać się po mieście swoim elektrykiem, załatwiać sprawy, cieszyć się wolnością, jakkolwiek to brzmi. Jest jeszcze fakt, że seniorzy posiadający rowery, potrafią je w rozsądny sposób wykorzystywać. Z drugiej strony jasne jest jak słońce, że jeżeli ktoś nie lubi jeździć rowerem, nie da się namówić na jego kupno. Czy miałby to być analogowy/zwykły rower, czy elektryk. Jeżeli się nie lubi, to znaczy, że nie ma się nawet odrobiny chęci ani pasji, by choćby w deszcz, albo w zimie wyjechać na przejażdżkę. Ja i mój BBF już zdążyliśmy zaliczyć deszcz. Wiecie jak przyjemną jest jazda na rowerze w deszczu? Wcześniej nie wiedziałam. Teraz już wiem. 

Dzisiaj (niedziela 10 sierpnia) wybrałam się kolejny raz do ulubionego parku i trafiłam na fantastyczny Jarmark. Okazało się, że Górale zjechali nad morze. Przyznam, że nie wiedziałam o tym wydarzeniu, więc ochoczo ruszyłam ku stoiskom. Czego tam nie było. Korzystając z okazji kupiłam sobie (co zawsze na Jarmarku robię) dwa większe oscypki. Uwielbiam. Kombinowane kanapeczki, gdzie głównym aktorem jest oscypek, to delikates dla mojego podniebienia. Nigdy nie mogę się nimi najeść. Dlatego sobie ich nie odmawiam, gdy na Jarmarku zobaczę serowe stoisko z Zakopanego. Napatrzyłam się też na wyroby/rękodzieła góralskie. Piękna robota. Oczopląsu dostałam, więc odjechałam. 

Szkoda tylko, że tego typu imprezy odbywają się raz do roku. I wiecie, przypomniało mi to moje dzieciństwo.

Czas spędzony u Babci, mimo że tak odległy, to jednak wciąż jest miłym wspomnieniem. To latanie na bosaka, wyprawa do lasu na grzyby, zabawy z tamtejszymi dzieciakami, kończyny z bąblami od pokrzyw, berek w zbożu, albo ciuciubabka na polu wśród ogromnych głów kapust. Moja Babcia kontraktowała kapustę, mak i włoskie orzechy. I ta czysta zimna woda ze studni. Tak, mam co wspominać. Jestem dzisiaj bogata we wspomnienia, sama będąc Babcią. Babcią jeżdżącą na swoim elektryku. Mój wnuk nie może się nadziwić i mówi, że jestem odważna. Fajnie jest widzieć w oczach dziecka podziw dla siebie. Takich miłych chwil mamy sporo na wspólnym koncie. On kiedyś też będzie miał swoje wspomnienia.

PS - już dwa razy wybraliśmy się na rowerową wycieczkę. Młody był przewodnikiem. Było bardzo przyjemnie.


Obraz: *Internet 

P r z e j a ż d ż k a



Mówię Wam to bardzo szczerze

jadę sobie na rowerze

Jadę sama wszyscy mnie pozdrawiają

z ochotą rękami machają.


Po drodze mijam dorosłych i dzieci

i tak szczęśliwie czas mi leci

Posyłam uśmiech i odbieram uśmiechy

i ileż mam z tego sporej uciechy.


Jadę tak sobie na rowerze

i trudno mi jeszcze w to uwierzyć

Że potrafię kręcić pedałami

że nie boję się przy tym ani ani.


Każdego dnia dbam o swój rower

by gotów był na kolejną przygodę

Do sakwy pakuję niezbędne gratki

narzędzia, wodę i inne takie szmatki.



Na siebie również wciągam ciuszki

Kask okulary brak mi tylko muszki

I ruszam w świat na przejażdżkę

z zachwytu miłe myśli głaszczę.



Zwiedziłam już bliższą okolicę całą

co jak na mnie to wcale nie mało

Poznałam wszystkie sąsiednie drogi

i na kolejne jestem gotowa.


Nie wszystkie znam miasta atrakcje

kolejne plany robię więc przy kolacji

Na drugi dzień śmiało ruszam w świat

mój rumak rży przyjacielem ciepły wiatr.


Jadę więc sobie moim ślicznym rowerem

przysiadam na chwilkę kusi śliczny skwerek

Sycę oko i wybiegam w przód myślami

i cieszę się na zapas przyszłymi przejażdżkami. 


Obrazy: *Internet

ROWEROWA t u r y s t k a


 Ciągle jadę,

droga kręci się przed

 kołem niby wstążka



Tak się ostatnio nazwałam, ponieważ jeżdżąc po moim mieście i okolicach poznaję miejsca, o których istnieniu nie wiedziałam. Polubiłam je na tyle, że wciąż do nich wracam i będę wracała, bo za każdym razem mam wrażenie, że wyglądają jakby inaczej niż ostatnio. Tak to odbieram. Odezwał się też we mnie głód poznawania, dlatego każda kolejna wycieczka trwa coraz dłużej, a licznik pokazuje coraz więcej przejechanych kilometrów. Polubiłam też swego rodzaju samotność na rowerze. Nie potrzebuję towarzystwa do właśnie takiego spędzania czasu. Nie potrzebuję, bo chociaż jadę s o l o, to i tak przecież przebywam wśród ludzi. Odpowiada mi to moje s o l o. Wsiadam na rower kiedy mnie to odpowiada. Nie czekam na spóźnioną umówioną osobę i jadę trasą, jaką sama wybrałam.

Za każdym razem gdy wychodzę na rower, oczekuję kolejnych nowych wrażeń, niespodzianek, odkryć i za każdym razem upewniam się, jak bardzo jestem związana z miejscem, gdzie się urodziłam, gdzie pracowałam, a gdzie teraz spędzam po swojemu emeryturę. Jest pięknie. Piękne jest moje miasto i piękne są moje przemyślenia mimo, że czasami trudne. Wyjście na rower, oprócz fizycznego wysiłku i przemieszczania się z jednego miejsca do drugiego, zaczęłam traktować jako wyzwanie wędrówki w głąb samej siebie. Wjeżdżając do lasu czy do parku, intuicyjnie wybierasz odpowiednią drogę. To samo jest z wyprawą w głąb siebie. Są różne drogi i ścieżki. Znane już i nieznane.

Gdy wjeżdżasz na nieznane leśne tereny, strach przywołuje Twoją czujność, by zareagować przed ewentualnym niemiłym wydarzeniem. Ot, ludzka natura. Dobrze, że się boimy nieznanego, strach to nasz przyjaciel/sprzymierzeniec. Motywuje, zmusza do działania, co sprawia, że nagle potrafimy pokonywać własne ograniczenia. Stając twarzą w twarz z przeszkodą odkrywamy w sobie nieznaną nam dotąd siłę. I zdajemy sobie sprawę, że jednak możemy więcej. Wiele takich nieznanych leśnych dróg i ścieżek z niespodziankami, mamy w sobie. Mierząc się z nimi poznajemy siebie i swoje możliwości. Słowem - stałam się pewnego rodzaju rowerową turystką, dodatkowo przemierzającą swoje wewnętrzne drogi i bezdroża.

Jeszcze niedawno nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważną dla mnie decyzją okazała się decyzja kupna roweru. Początkowo myślałam, że rower zastąpi mi prowadzenie blogów, ale szybko zorientowałam się, że i blogów mi brakuje. Wszak pisanie to moja miłość. Jedyna miłość, o czym byłam przekonana. Rower sprawił, że można mieć kilka miłości i móc je ze sobą pogodzić. To, co przeżywam na wycieczkach, jakie przemyślenia mnie wtedy dopadają, wszystko to śmiało mogę opisać na blogu. Wyśmienity duet, prawda? Dzięki temu eksploruję nie tylko leśne i parkowe ścieżki, ale i te wewnątrz siebie. Niesamowita przygoda, która pomaga mi docierać w ciekawe okolice i je poznawać. 

Im dalej wjeżdżam, tym bardziej mnie wciąga. I coraz trudniej przychodzi mi kończyć taką 1,5 - 2 godzinną wycieczkę. Chcę więcej. Chcę jeździć dłużej. Na przykład pół dnia, albo i cały dzień. Chcę poznawać dalsze okolice swojego miasta. Chcę też z wysokości siodełka zobaczyć to, co jest poza miastem. Może kiedyś do tego dojdzie. Na razie zadowalam się krótkimi wypadami trenując jednocześnie kondycję i np. odporność mięśni pośladkowych na twardość siodełka (to ważna sprawa jak się okazało). I mam to szczęście, że moja rodzina podziela i popiera moje nowe hobby. To bardzo dużo dla mnie znaczy. Sami dużo jeżdżą na rowerach, ale to o mnie mówią, że na punkcie roweru zwariowałam.

Pewnie, że zwariowałam, bo jak tu zwariować? Tyle mam rzeczy do zrobienia i tyle miejsc do obejrzenia za sprawą roweru właśnie. Poznaję go też od strony technicznej, powoli i cierpliwie. Wiedza ta może się kiedyś przydać. Myślę przyszłościowo, bo nie wiem, kiedy przyjdzie mi do głowy większa wyprawa. Myślę po cichu o czymś, ale na razie zachowam to dla siebie. Realizacja tego pomysłu wymaga czasu i dobrego przygotowania. Że o odwadze nie wspomnę. Gdyby doszło do urzeczywistnienia planu, byłby to pierwszy krok , jakby otwarcie drzwi i pozwolenie do przekroczenia pewnej granicy osobistych możliwości mimo, że jestem seniorką. Dlatego wspomniałam o odwadze. Jest niezbędna.  

Przełamywać bariery, poznawać swoje mocne i słabe strony, umiejętność podejmowania ważnych i niekiedy trudnych decyzji i z czasem nauczenie się znosić porażki. Czyż przechodzenie przez życie i jazda (podróżowanie) solo na rowerze, nie mają aby ze sobą czegoś wspólnego? Zdaje mi się, że tak. Tak w życiu, jak i w trakcie samotnych wycieczek mamy niebywałą okazję do przemyśleń. Na różne tematy. Rower nie tylko odrywa mnie od codzienności, od miejskiego hałasu i zalewających nas bodźców, pozwala również spojrzeć na życie i siebie samą z innej strony. W leśnej ciszy lepiej mi się myśli. Nagle odpowiedzi na co trudniejsze pytania i wątpliwości, sypią się jak z rękawa. 

Słuchajcie! Chce się żyć! Nie tylko leśne górki i pagórki pokonuję, ale i te psychiczne. Jazda na rowerze okazuje się być wspaniałą terapią. Dla każdego. Każda górka czy pagórek nie jest trudna do pokonania, gdy się chce je pokonać. Pokonuję je i na swoim koncie notuję kolejne małe zwycięstwo. Tym ważniejsze dla mnie, im bardziej zmęczona wracam do domu. Ważniejsze, bo uwierzyłam we własne możliwości, bo jeszcze łatwiej nawiązuję kontakty, bo pokonuję własne ograniczenia, bo odkryłam jak wspaniała jest samodzielność. Pokonywanie s o l o (samotnie) rowerowych kilometrów to jakby stan umysłu. To jakby odkrywanie na nowo swojego prawdziwego "JA".


Obraz: *Internet