Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instrukcja SAMOobsługi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instrukcja SAMOobsługi. Pokaż wszystkie posty

Instrukcja SAMOobsługi

Gdy dobiło się do emerytury, albo gdy już jest się np. kilka lat emerytką, ma się już jako takie pojęcie o sobie samej. Wiemy, albo przynajmniej orientujemy się, czy jesteśmy zdeklarowanymi pesymistkami życiowymi, optymistkami, czy jesteśmy osobami z umiarkowanym podejściem do życia, albo czy jesteśmy wszystkim po trosze. Z perspektywy ostatnio minionych lat jakie przeżyłam na państwowym, mam odwagę określić siebie jako niezależną, umiarkowaną pesymistkę z ogromnym uśmiechem na twarzy, z domieszką nieskrywanej ciekawości świata. Mimo, że życie dawało mi w kość i czasami gniewałam się na nie i pytałam, dlaczego akurat to mnie spotyka, taka właśnie jestem.

Nie to, żebym wpadała w jakieś depresje, czy niektóre negatywne stany określała mianem >doła<. Nie. Nawet nie używałam tego słowa. Nie miałam potrzeby, bo to nie był >dół<, tylko chwilowy brak reakcji na coś niedobrego. Jak to się potocznie mówi - przesypiałam problem. Budząc się rano następnego dnia inaczej ten problem odbierałam. Czasami nawet, jako coś nieważnego. W przeszłości różnie podchodziłam do wyzwań, które odbijały się na mnie zbyt agresywnie. Ponosiły mnie nerwy, w których padały zupełnie niepotrzebne słowa. Myślałam, że jak się wyładuję, to szybciej mi przejdzie gniew i zapomnę o sprawie.

Gdy musiałam obcować z kimś, kto mi pod wieloma względami nie odpowiadał, bywałam opryskliwa, niemiła, by tego kogoś zniechęcić do siebie. Z czasem zrozumiałam, że nie tędy droga. Usłyszałam nawet kiedyś, że może to we mnie tkwi przyczyna, że z jakiegoś powodu przyciągam do siebie takie a nie inne osoby. Może i coś w tym było, jednak wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Dzisiaj myślę, że musimy obowiązkowo przejść przez kilka etapów w życiu, jakie by one nie były, ponieważ to właśnie one m.in. są elementami budującymi nasze doświadczenie, kształtującymi i wzmacniającymi nasz charakter. 

Gdy zrozumiałam reguły tej "gry", a sporo czasu upłynęło nim to się stało, poczułam się, jakbym po raz enty odkryła Amerykę. Pamiętam tamten moment. Jakbym dostała obuchem w głowę. Zaczęłam się śmiać z siebie samej z jednego tylko powodu, że tak późno to do mnie dotarło. Dlaczego nie wcześniej? Widocznie tak musiało być. Musiałam swoje doświadczyć, by załapać, jak w wielu sprawach źle postępowałam. Co oczywiście miało swoje konsekwencje. A jakże! Ale opłaciło się, bo dzisiaj wiem to, czego nie wiedziałam wtedy. Odkryłam tajemny klucz do samej siebie. Odkryłam, jaka jestem naprawdę.

Wiele lat zajęło mi dojście do postawienia tej tezy - wiem, jaka jestem naprawdę. Czy jednak na pewno wiemy, jakimi jesteśmy osobami? Pewnie, że łatwiej jest mówić o sobie, gdy ma się za sobą dziesiątki lat życia i wiele decyzji. Gdyby każdą z nich uczciwie rozłożyć na czynniki pierwsze, ocena mogłaby nas zdziwić. Podejść do siebie uczciwie, nie każdy potrafi. Oceniać własne decyzje nie jest łatwo. Wszystko zależy od tego, jak w tym rozrachunku odbieramy siebie samą. Uczciwie i bez żadnej taryfy ulgowej. Czyli, trzeba mieć tę cywilną odwagę przyznania się do popełnianych błędów. Ale też trzeba mieć zdolność pochwalenia się za coś, co udało nam się zrobić.

Człowiek jest tak skonstruowany, że chętniej przyjmuje na klatę miłe słowa, a za niemiłe obraża się. A nawet jeśli się nie obraża, to i tak robi mu się przykro. Wiadomo, nikt krytyki nie lubi. Co innego jednak, gdy tej krytyce poddajemy samych siebie. Czy wtedy łatwiej jest znaleźć w sobie negatywy i poddać je krytycznej obróbce? Każdy sam musi odpowiedzieć przed sobą na to pytanie. To bardzo ciekawy eksperyment. Przyznam, nie lubię wychodzić z siebie, stawać obok i walić krytyką. Pytam wtedy siebie, po co mam to robić? Ale, gdy już to zrobię, to myślę, może to i było straszne, jednak to co się zadziało przez tę chwilę, warte było wcześniejszych wątpliwości.

Wszak to kolejne życiowe doświadczenie poddające mnie pewnej trudnej próbie. Próbie świadomej samooceny. Przez to doświadczenie, a raczej dzięki niemu, dowiedziałam się kim jestem i jaka jestem. Przegadałam temat sama ze sobą i doszłam do wniosku, że polubiłam osobę, którą w sobie odkryłam. A więc - nie należę do najskromniejszych, ale też nie jestem szarą myszką. Narzekam, ale nie jest to moje główne zajęcie. Cierpię z powodu cierpienia innych, ale nie czuję się niepotrzebna. Uwierzyłam w to, że mimo zmiany stylu życia (przejście na emeryturę), jednak wciąż daję otoczeniu coś z siebie. Nie jestem też smutna mimo wieku.

Odkryłam, że bycie osobą starą (nazwijmy to po imieniu) to nie koniec świata. Owszem, mam stary kręgosłup, stare stawy, na koncie kilka chorób, ale za to mam młody umysł i duszę. Nie rozpamiętuję lat młodości, tylko cieszę się tym, co mam tu i teraz, gdy osiągnęłam 70. rok życia. Lata młodości już nie wrócą, więc szkoda czasu na ich natrętne wspominanie. Jeżeli czegoś nie mogę zrobić, to wyobrażam sobie, że to robię. W mojej wyobraźni wciąż jestem 100- procentowo sprawna. Pozwalam się jej (wyobraźni) wyszaleć. I nie myślę, co by było, gdyby tak zegar się cofnął. Co przeżyłam, to przeżyłam i cieszę się tym co mam teraz. Każdego dnia. 

A teraz dni też są piękne. Jestem sprawna. Nie potrzebuję pomocy drugich czy trzecich osób. Drugich czy trzecich osób potrzebuję do towarzystwa. W towarzystwie lepiej smakuje kawa z ciastem domowej roboty. Z towarzystwem lepiej się rozmawia niż z telewizorem, prawda? Czy uwierzycie, że każdy następny dzień jest coraz fajniejszy? Tak! Jest fajniejszy, bo mam na to wpływ. Wiem co mnie interesuje i co chciałabym robić. I robię to. Wprowadzam w życie kolejne pomysły, nawet gdybym miała zrobić coś tylko raz, nie nudzę się, a to z kolei wpływa na moje samopoczucie. Mam wrażenie, że z każdym dniem młodnieję. Co za wspaniałe uczucie!

Tak, dzisiaj wiem na pewno, że jestem niezależną, umiarkowaną pesymistką z ogromnym uśmiechem na twarzy, z domieszką nieskrywanej ciekawości świata. Znam swoją rzeczywistość, znam siebie i znam swoje potrzeby. Na razie na tej mojej świadomej egzystencji nie kładzie się żaden poważniejszy cień. Skończyło się szamotanie z życiem. Jest spokój i na ile to możliwe w dzisiejszych czasach, stabilizacja. Jeżeli szaleję, to na punkcie mojego wnuka, który czasami pozwala mi wracać wspomnieniami do przeszłości. Nasze wyobraźnie w wielu punktach są bardzo zbieżne, więc póki możemy, cieszymy się razem niezwykłością życia. 

Kiedyś żyłam pod dyktando innych. Pozwalałam innym włazić sobie na głowę. Przejmowałam się tym, co ludzie mówią na to czy na tamto. Trzymałam w sobie to, co myślałam. Tęskniłam do prawdziwej wolności. Teraz ją mam. Teraz wiem kogo dopuścić do swojego kręgu, a kogo sobie odpuścić. To coś w rodzaju instrukcji samoobsługi. Nauczyłam się jej później, z wiekiem, ale nauczyłam. I zdradzę Wam tajemnicę - nie byłam i nie jestem typem kury domowej, jestem raczej wolnym ptakiem. Zawsze nim byłam. Z tą różnicą, że teraz pozwalam sobie nim być. Bez żadnego skrępowania.

                                         "Słoneczniki" Vincenta van Gogha

PS - zrobiłam to podsumowanie z okazji swoich 70. urodzin. Tak mnie jakoś naszło. Chciałam sobie przypomnieć, jaką osobą byłam kiedyś i porównać tę osobę do dzisiejszej MNIE. 


Obrazy: *Internet