Gdy szukałam nowego miejsca na gabinet, czytałam na spokojnie potencjalną umowę, nawet to co było napisane "maczkiem", słuchałam też uważnie co mówi właściciel. Czy w trakcie rozmowy patrzy na mnie, czy błądzi wzrokiem po ścianach. Czy nadpobudliwie gestykuluje rękami i jakim tonem zwraca się do mnie. Słuchałam i wyciągałam wnioski. Nauczyłam się tego w trakcie swojej praktyki zawodowej i przyznam, że każde takie doświadczenie pomagało na przyszłość.
Kontakt werbalny, a raczej umiejętność doboru właściwych słów, to dzisiaj sztuka. Zauważyłam już dawno, że w dziedzinie wysławiania się, z Polakami jest coraz gorzej. Używają wprawdzie rodzimego języka, ale jakby go nie znali. Ta gramatyka, intonacja, przekształcanie słów i ich skracanie. Mamy do czynienia z jakimś dziwnym tworem, do tego niewyraźnie artykułowanym. Gdy słyszę rozmowy na ulicy, nie rozumiem o czym mowa. Gdy oglądam polskie filmy, nie rozumiem prawie ani jednego słowa. Muszę się domyślać ich treści. Słowem - masakra.
Wyobraźcie sobie teraz taką scenkę - przychodzi ktoś do firmy i stara się o pracę. Zostawia CV o swoich zawodowych dokonaniach i wychodzi. Ale gdy szanujący się pracodawca chce porozmawiać, gdy słyszy jakim zmanierowanym językiem posługuje się kandydat, ręce mu opadają. Aż się chce sparafrazować pewne powiedzenie - jak cię słyszą, tak cię widzą. Wartość takiego kandydata od razu spada prawie do zera. Tak jest, gdy chodzi o szanującego się pracodawcę, który w "przyrodzie" jest dzisiaj zjawiskiem unikalnym. Na co dzień mamy dziennikarzy mówiących i piszących poniżej standardów.
Mamy aktorów mówiących tak niewyraźnie, że aż boli. W każdej dziedzinie znajdzie się ktoś, kto nie przywiązuje wagi do własnego języka. Jest to dzisiaj norma. Rażąca norma. Dla mnie nie do przyjęcia. Z kimkolwiek rozmawiam na jakikolwiek temat, czy to jest luźna rozmowa o niczym, czy zawieranie umowy, ważne jest dla mnie z kim mam do czynienia. A to wychodzi od razu. Wystarczy, że ten ktoś się odezwie. Zatem nie wystarczy napisanie CV, trzeba jeszcze umieć o sobie opowiedzieć. Trzeba uważać na słowa jakich się używa, bo kiedyś może się to na nas zemścić.
Skąd ten dzisiejszy post? Odpowiem. Zadzwoniła do mnie moja bardzo dawna potencjalna pracodawczyni. Jest właścicielką lokalu, który od zawsze wynajmuje na działalności gospodarcze, charakterem zbliżone do mojej. Ponieważ są ciężkie czasy i każdy szuka pieniędzy, zapytała (znowu), czy nie byłabym zainteresowana wynajmem Jej lokalu pod swój gabinet. Od razu powiedziałam NIE. Nie wdając się w szczegóły. Nigdy bym z Nią nie weszła w żaden układ, choćby była ostatnią osobą na ziemi. Grzecznie odmówiłam i rozłączyłam się. Ale coś mnie tknęło.
Zadzwoniłam do osoby, która jakiś czas temu wynajmowała ten lokal i spytałam, jak układała się współpraca. Beznadziejnie. Zakończyła się szybko, bo już po trzech miesiącach. Nie dość, że właścicielka okazała się kłamczuchą, nie szanującą najemcy, to umowa okazała się być naciągana. Znajoma osoba ciężko się z Nią rozstawała, sprawa niemal skończyła się w Sądzie. Intuicja mnie nie zawiodła. Właścicielka lokalu to oszustka nie dotrzymująca słowa, chcąca oszustwem wyciągnąć od najemcy jak najwięcej kasy. Nie dał się, ale swoje odcierpiał.
Z takimi przypadkami wciąż mamy do czynienia. Ludzie nie boją się kłamać, nawet w zwykłych rozmowach, nie boją się rzucać słów na wiatr. Nie boją się konsekwencji, ponieważ zostaje słowo przeciwko słowu. A polskie Prawo nie jest takie rychliwe, jak byśmy chcieli. Cwaniacy dobrze na tym korzystają. Nie szanuję takich ludzi, ponieważ jak mówi kolejne mądre powiedzenie - "na szacunek trzeba sobie zasłużyć".
Słowa mają moc. Mają swoją wartość. Ludzie nie chcą tego dostrzec, nawet edukatorzy, którzy sami kaleczą język.
"Słowa znaczą tyle, ile wart jest ten, kto je wypowiada"