Uzmysłowiłam sobie też, że moje problemy towarzyszą mi od zawsze. Są m.in. pokłosiem tego, jak karmili mnie rodzice i dziadkowie. Jedna łyżeczka za mamusię, druga łyżeczka za tatusia, trzecia łyżeczka... itd. Wszak dobrze wyglądające dziecko, to zdrowe i szczęśliwe dziecko. Nie pamiętam, kiedy ostatnio z przyjemnością patrzyłam na siebie w lustro. I niestety, surowo się oceniałam. Za każdym razem stwierdzałam tylko fakt. Jestem grubaską. Nie zawsze tak było. Jednak problem rozwinął się. Gdy dorosłam i mogłam mieć wpływ, nic z tym nie robiłam.
Czy jako dziecko byłam gruba? Wtedy zdania były podzielone, bo kiedyś inaczej patrzyło się na temat pt. "zdrowe normalne dziecko". W tamtych czasach, ponad 30 lat temu, nie było jeszcze mowy o otyłości wśród dzieci. Była za to mowa o zdrowym odżywianiu się. Zupa mleczna w domu, szklanka mleka w szkole, kaszki i inne takie. Podstawa. A jak ktoś nie lubił mleka? Nie było gadania. Ale była jeszcze woda, kompot albo herbata. No i była nagroda. Wydzielana czekolada, oranżada w proszku, jakaś odmiana coli. Owoce też były, dostępne sezonowo i od święta.
Jak na owe czasy było nawet zdrowo. Tylko z ruchem było gorzej. Dzisiaj wiem, że zwyczajnie byłam słabsza od innych dzieci. Jakiś problem z kręgosłupem, który i rodzice i lekarze zlekceważyli mówiąc, że z tego się wyrasta. No cóż, swoje przeszłam, i w szkole i w czasie dorastania. Hormony i te rzeczy. Gdy atrybuty kobiecości zaczęły być widoczne, wraz z nimi zaokrąglało się moje ciało. Psychicznie było ze mną nieźle. Może dlatego, że jeszcze wtedy nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co to jest nadwaga i otyłość. Ale byłam nastolatką. Co innego miałam w głowie.
Nie lepiej było na studiach. Na nic nie było czasu. Ruch czy zdrowa dieta? Zapomnij. I znowu przytyłam. Przyszedł stres i problemy z żołądkiem. Pojawił się facet. Czas spędzany razem i... gotowanie. Waga była bezlitosna. Koniec studiów, wyjście za mąż, dziecko. Jadłam i jadłam. Numerem jeden były słodycze. Jadłam ich tyle, jakbym chciała sobie wynagrodzić to, jaka jestem życiowo dzielna. Jadłam i... rosłam. Dziecko moje rosło i ja rosłam. I męczyłam się. Podejrzane to było. Trudności w chodzeniu po schodach, pot, zadyszka i poczucie słabości. Diagnoza - ogromna nadczynność tarczycy.
Doigrałam się. Dorosła kobieta a taka nierozsądna. Na walce ze sobą samą, czyli z własną siłą woli (przy pomocy lekarzy) przeminęły mi następne lata. W międzyczasie udało mi się zrzucić dwadzieścia dwa kilogramy. Za mało, ale coś. Pomyślałam, że teraz sama dam radę. Nawet zmieniłam pracę. Doszły inne obowiązki, zachwianie dyscypliny, w końcu zaniechanie diety i totalny brak ruchu. Zawiodła czujność. Waga poszła w górę. Eksperymenty z różnymi internetowymi dietami znowu spowodowały spadek masy ciała, ale nic za darmo nie ma. Odezwały się stare kłopoty z żołądkiem. Więc... tarczyca plus żołądek. O... raany... .
To mnie czegoś nauczyło. Spoważniałam. Wreszcie. Postanowiłam kilka razy w tygodniu trenować, zdrowo się odżywiać i pilnować kalorii. Byłam też obowiązkowo pod lekarską kontrolą. Dawałam radę. Ale waga jakby była zaklęta, schodziła bardzo wolno. Nikt nie wiedział dlaczego. Tyle lat starań, wprawdzie raz z górki raz pod górkę, różnie bywało, i nadal nie byłam zadowolona. Poddałam się. Psychicznie, ale nie fizycznie. Dalej trenowałam. Ciało w dobrej kondycji, to przynajmniej łagodniejsze dolegliwości. Ale tarczyca to ciężki przeciwnik. Nie ma z nią żartów.
Nowe leki i powrót kilogramów. Samopoczucie poprawiło się, ale waga nie spadła. Ale jak pech to pech. Pandemia. Lockdown. Zdalna praca. Przymusowe siedzenie w domu zrobiło swoje. Kolejne kilogramy zmusiły mnie do zmiany szafy. I covid-19 mnie nie oszczędził. Osłabłam na tyle, że nawet o trenowaniu w domu nie było mowy. Trafiłam na myślącego lekarza, który zaproponował leczenie farmakologiczne. Waga wreszcie jakby unormowała się. Nadzieja na lepszy wygląd wróciła. Na ten moment jest dobrze. Mam dobre myśli. Lepsze, niż wtedy, kiedy pisałam pierwszy list. Myślę, że dorosłam.
Za dużo przeszłam i wreszcie dorosłam. Wciąż mam 35 lat, ale z tych 30 kilogramów ubyło ok. 10-ciu. Jestem na dobrej drodze. Jest też tak, jak wtedy Wam napisałam. Nie muszę mieć rozmiaru 36. Przede wszystkim mam się dobrze czuć. Przede mną jeszcze długa droga, nie wiem jak długa, ale wytrzymam. To pewne. Wciąż trenuję. Wciąż uczę się jeść. Nauczyłam się kupować. I przy okazji dowiedziałam się, że bez pewnych słodkich pokus też można żyć. Dalej wiem, że bycie grubaską jest zwyczajnie niezdrowe.
Dlaczego opowiadam Wam to wszystko? Bo obiecałam, że się jeszcze odezwę i powiem, co u mnie słychać. Teraz macie pełny obraz przynajmniej mojego przypadku. Skąd zatem biorą się grubasy? Przyczyn jest bardzo dużo. Dzisiaj jedno jest też pewne, że otyłość jest trudną przewlekłą chorobą. Sama nie mija, ale jest możliwa do leczenia. Moja opowieść jest też apelem do innych grubasów, NIE PODDAWAJCIE SIĘ. Wy już wiecie, czym grozi lekceważenie własnego zdrowia. Walka i kontrola przynoszą efekty, zaniechanie grozi zdrowotnymi konsekwencjami.
I nie przejmujcie się reakcjami otoczenia. Ono nie rozumie otyłości. To choroba taka jak inne. Ale jakimś dziwnym trafem to otyłość jest atakowana, dyskryminowana i jakże złośliwie traktowana. Żadna inna choroba tego nie doświadcza. Niestety, wciąż numerem jeden jest nasz wygląd, po którym nas oceniają. Będąc otyłym odbiega się od normy. Będąc otyłym psuje się krajobraz tym "normalnym". A skoro tak, to siedź w domu grubasie. Nie pokazuj się. I tylko na to stać "normalsów"?
Gdyby wszystkie "grubasy" posłuchały tej "prośby", połowa świata siedziałaby w domu. Tak drodzy "normalsi", otyłość to globalny problem. Bardzo poważny. Rozejrzyjcie się i poczytajcie cośkolwiek na ten temat. Dużo można się dowiedzieć. Doradzam też powściągnięcie języka. Nie znasz bowiem dnia ani godziny, kiedy to Ciebie może ten problem dotknąć. Bezpośrednio. Tak już jest na tym bożym świecie, krzywda rzucona w eter, zazwyczaj bumerangiem wraca.
ŚMIANIE SIĘ Z OTYŁYCH OSÓB, TO JAK ŚMIANIE SIĘ Z LUDZI CHORYCH W SZPITALU. PAMIĘTAJCIE O TYM.
Może się jeszcze odezwę...
Rysunki/obrazy: *Papilot *Dreamstime