Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komu/czemu służy (...) małżeństwo?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komu/czemu służy (...) małżeństwo?. Pokaż wszystkie posty

Komu/czemu służy instytucja małżeństwa?

Życie małżeńskie to na pewno nie Harlequin, piękna i ckliwa opowieść o miłości, zawsze kończąca się happy endem. Literatura ma to do siebie, że może tworzyć/wymyślać co chce, a jej miłośnicy z wypiekami na twarzy mogą pochłaniać każde jej zdanie. Wiele razy bezkrytycznie, zresztą. Ponieważ mam swoje zdanie na temat związku dwojga ludzi, zwanym dalej małżeństwem, rozwijając temat postaram się być obiektywna. Jednak mam świadomość, że tekst ten może okazać się (ale nie musi) moim kijem, wsadzonym w cudze mrowisko. 

Mam na uwadze i to, że zawsze, ale to zawsze mamy do czynienia z wyjątkami potwierdzającymi regułę i od niej odstępującymi. Mam konieczną potrzebę obowiązku to właśnie zaznaczyć. Ale po kolei, na początek  Wikipedia i jej definicja na powyższy temat:

"Małżeństwo – kulturowo uznany związek, co najmniej dwóch osób, najczęściej mężczyzny i kobiety, zwanych małżonkami, który ustanawia prawa i obowiązki między nimi, jak również między nimi i ich dziećmi, a także między nimi i ich powinowatymi. Definicja małżeństwa różni się na całym świecie nie tylko między kulturami i religiami, ale także w całej historii danej kultury i religii, ewoluując w kierunku zarówno poszerzenia, jak i zawężenia tego, kto i co jest nią objęte. Zazwyczaj jednak jest to instytucja, w której stosunki międzyludzkie, przeważnie seksualne, są powszechnie uznawane lub usankcjonowane. W niektórych kulturach małżeństwo jest zalecane lub uważane za obowiązkowe przed podjęciem jakiejkolwiek aktywności seksualnej".

Definicja jak się patrzy, krótko i zwięźle przytaczająca fakty, przez Prawo ustanowione i przez to Prawo chronione. Drobna tylko uwaga, w myśl powiedzenia "co kraj to obyczaj", sparafrazuję i powiem - co strona, to inne krakanie gawrona. A więc, co szerokość geograficzna, to inna definicja małżeństwa, to inna forma przyrzeczenia sobie miłości i wierności, to niepowtarzalnie zróżnicowane podejścia do samego małżeństwa i szczególnie do... roli kobiety w nim. Do dzisiaj na ten temat wciąż dużo do powiedzenia ma Kościół katolicki. Ale o tym, może innym razem.

Przejdę do rzeczy - niezaprzeczalnym faktem w Polsce jest zjawisko coraz częstszych rozwodów i to, że coraz  więcej par mówi, że "małżeństwo nie jest im do niczego potrzebne". Po co przyrzekać sobie miłość i wierność po grób, skoro niemal nazajutrz zaczynamy się okłamywać, zdradzać, lekceważyć, ranić słownie, a nawet używać siły, która ma być argumentem na rzecz głoszonych racji. Zasada - jesteś moja, mogę robić z tobą i tobie co chcę - nazbyt często dzisiaj ogląda światło dzienne. Skoro wszyscy wiemy, że tak jest, po co zatem ten ślubny szum?

Wiele par nie chce ani ślubu, ani potem rozwodu, który wynika często z powodu błahostek. Dziękują instytucji małżeństwa i żyją na "kocią łapę". Są szczęśliwi bez papierka, który to papierek do niczego jest im potrzebny. Małżeństwo przez coraz większą społeczność, uważane jest za przeżytek. I stosują się do swoich racji. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Co, Iksińscy żyją na kocią łapę? Idę naskarżyć do księdza. Dostaną po tych swoich "kocich łapach". Taka była i chyba miejscami nadal jeszcze jest ludzka "życzliwość" w wydaniu polskim.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy małżeństwo nikomu dzisiaj do niczego nie jest potrzebne? Patrząc na Państwo, jego Prawo i na prawo Kościoła, te dwie Instytucje mają swoje racje i bronią ich jak niepodległości, albo i lepiej, nie zważając na to, w ilu paragrafach mylą się, a w ilu narzucają siłą swoje racje. Drugą stroną medalu jest samo życie, które nie toczy się przecież samoistnie, lecz zgodnie z ludzkimi oczekiwaniami. Zgodnie szczególnie z ludzkimi słabościami, kierującymi się odwieczną niepisaną zasadą - po to są paragrafy, by je łamać. Przykładów nie brakuje.

Znajoma moich dzieci żyje w nieformalnym związku od 15 lat. Teraz oboje mają po 40. lat i nadal nie mają dzieci. Mają za to swoje zawody/firmy, którym są bardzo oddani. Ona mówi, że praca to jej dziecko. On, że do szczęścia wystarcza mu tylko partnerka i... praca. Zarabiają więc pieniądze, korzystają z życia, cieszą się każdym dniem na swój sposób. Nie chcą być kolejną usankcjonowaną najmniejszą państwową komórką. Szanują się, co widać. Bez żadnego skrępowania kłócą się od czasu do czasu o bzdury, ale szanują. Na moje oko bardzo do siebie pasują. 

W ich gronie towarzyskim, takich par jest aż osiem. Tylko jedna z nich ma dwoje dzieci. Nawet ich rodzice zaakceptowali ten stan rzeczy. Nie dopominają się już ślubu, nie wspominają że chcieliby zostać dziadkami, nawet nie kuszą już jakimkolwiek wspomaganiem finansowym czy inną pomocą. Widocznie tak ma być, mówią i smutno kiwają głowami. I milczą. Za to ich, rodziców, małżeństwo, to za ich czasów przywilej mienia wspólnego mieszkania, przywilej dostępu do kredytów, czy tak w owym czasie ważnej dla nich społecznej akceptacji. 

To było dla nich ważne. Tak było. To prawda. Państwo nawet umożliwiało wzięcie tzw. MM-ki, czyli małżeńskiego kredytu na szybsze urządzenie się młodego małżeństwa. Pamiętam, bo sama z mężem brałam MM-kę. Dzisiaj młodzi mogą mieć to wszystko bez ślubu. Zdobywają to w pojedynkę. Bogacą się bez pomocy rodziców. Liczba małżeństw spada. To dzisiaj zniżkowa tendencja i raczej nie widać, by cokolwiek miało ulec zmianie. Ta swoboda odpowiada młodym ludziom. Mogą dbać tylko o siebie. Wydawać zarobione pieniądze tylko na siebie. 

Singiel, to nie tylko moda, to styl życia i wynik cywilizacyjnego postępu. Trzeba się z tym pogodzić, jak z innymi zmianami - słyszę. Jeżeli zatem, młodzi zawierają już związki małżeńskie, to o dziesięć lat później i raczej dla konkretnych korzyści - wspólnota majątkowa i wspólne rozliczanie się, alimenty, dziedziczenie, spadek. Czy warte są one zachodu, każdy ocenia sam.  Najpierw trzeba się dorobić, a później dopiero myśleć o rodzinie. Tak dzisiaj myślą. W ślad za tym, później rodzą się dzieci. Następują zmiany, pod każdym względem bijące w Instytucje państwowe. 

WEDŁUG OPINII SPECJALISTÓW, MAŁŻEŃSTWO DAJE POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Gdzieniegdzie jeszcze zachowuje się tradycje, ale tylko gdzieniegdzie. Raczej dotyczy to wsi, szczególnie w części południowo-wschodniej Polski. No dobrze, a co z zaufaniem? Z chwilą zawarcia małżeństwa, ot tak nagle wierzę już drugiej osobie bezgranicznie? Czy aby na pewno? Jak to jest z tym zaufaniem? Otóż wszystko jest dobrze, póki nie okazuje się, że druga osoba ma inne doświadczenia. Czar nagle pryska, a następstwem jest frustracja, walka, nacisk i obrona racji. Ot samo życie i jakie przyziemne. Według specjalistów, na zaufanie wpływa wiele przyczyn i wymieniają je. 

Ja mówię, że na zaufanie trzeba sobie zapracować. Nie potrzebuję do tego psychologa. Jeżeli już, to potrzebuję czasu, a wtrącanie się obcych, albo nieudolna rada psychologa typu - przecież zawsze możesz się rozwieźć - nie są mi potrzebne. Jasne, że jak różne są przypadki, tak różne bywają rozwiązania. Jednak wbiję szpilę - uważam, że wiele par biorących dzisiaj ślub, do tego ślubu nie dorosło. To tylko przerośnięte dzieci, zbyt późno wypuszczone spod bezpiecznego i nadopiekuńczego rodzicielskiego klosza. Tacy 30-latkowie nie są przygotowani psychicznie do twardego życia. 

Faktem jest, że w wielu przypadkach nie potrafią zadbać o siebie, a co dopiero o rodzinę. Gdy nagle doświadczają czegoś niecodziennego, niemal z marszu wpadają w depresję (nie wszyscy). Małżeństwo okazuje się być iluzją. Dochodzą do wniosku, że nie o to w życiu im chodziło. I odchodzą. Jakże łatwo przychodzi im ucieczka od odpowiedzialności za drugą osobę i za samo małżeństwo. Związek to nie tylko dobry seks. To dzielenie się przestrzenią i wolnością, odpowiedzialnością i zapewnieniem bezpieczeństwa. To też akceptowanie drugiej osoby z jej wadami. 

To zdolność i umiejętność budowania wspólnego życia. Nie pod publikę i nie dlatego, że tak wypada. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, znaczy, że nie dojrzał do ŻADNEGO związku. Moje stanowisko jest takie - zasada/definicja małżeństwa wynika z czystej hipokryzji tych, którzy mówiąc nam jak mamy żyć, sami nie stosują się do własnych zasad. Patrząc nam w oczy, wręcz je jawnie łamią. Odrobina prywaty - swego czasu wzięłam ślub, rodzice i dziadkowie po obu stronach cieszyli się. Oboje nie wytrzymaliśmy nacisku i próby czasu. To tak na marginesie.

Zatem ślub to wg mnie raczej konwenans (norma zachowania) przejęty przez większą część społeczności. Twierdzę tak nie z powodu własnej "porażki". Zawsze miałam taką opinię. Ale co ja tam wiem. Kiedyś w dobrym tonie towarzyskim było wzięcie ślubu, sporym kosztem młodych. Nieważne czy się kochali, ważne, by wzięli ślub. Ważne, by towarzystwo dobrze się bawiło, wszak wesele to było wydarzenie dla bliższego i dalszego sąsiedztwa. Może i tego potrzebujemy, z racji samego celebrowania kolejnych rocznic, lub z racji późniejszych wspomnień?

Jedni całego tego rytuału potrzebują, inni nie przywiązują do niego wagi. Nie to jest ich priorytetem. A swoją drogą, czyż nie ciekawe jest to, że dzisiaj w dobie XXI wieku do małżeństwa bardziej prą homoseksualne pary? Tym samym walczą dla siebie o równość praw, których nie mają, a których nie doceniają już pary heteroseksualne. Kościół obłudnie tłumaczy małżeństwo koniecznością, by na starość nie zostać samotnym, ale też sposobem na "uświęcanie się i wspólne przeżywanie wiary". Dla katolików, idąc na skróty, to innymi słowy mienie rodziny i bycie blisko Boga.

Tej kwestii jednak nie rozwijam szerzej, wolę poddać ją dyskusji, jeżeli taka się rozwinie. Twierdzę, że samo małżeństwo, z różnych powodów, nie jest dla każdego. Zależy ono od naszych cech charakteru, od indywidualnego światopoglądu, od doświadczeń życiowych, od na swój sposób rozumianej wolności, niezależności i odpowiedzialności. Wiadomo, że jeden człowiek potrzebuje drugiego. Tak już z nami jest. Na dłuższą metę nie potrafimy żyć w pojedynkę. Mimo to uważam, że ślub i małżeństwo to tylko symbol i uczciwie przyznaję, nie jestem fanką takich wydarzeń. 

Ta filozofia nie przemawia do mnie. Jednak szanuję ją i akceptuję, ponieważ dla wielu Polaków to potrzeba poczucia pewnego rodzaju stabilności, a tego nie za dużo w tak niestabilnym dzisiaj świecie. Tak samo, jak poza wyjątkami, nie za dużo mamy wytrwałości w byciu ze sobą aż po grób. To myślenie też odchodzi w niepamięć. To żaden argument dla młodych.

Zmieniająca się współcześnie rola kobiety i mężczyzny, wywraca do góry nogami charakter instytucji małżeństwa. Wywraca do góry nogami samą definicję małżeństwa. W ciekawych czasach żyjemy, biorąc tę kwestię pod uwagę. Wyrzucamy do kosza stare normy i wzorce, jednocześnie nie mamy odwagi przedstawić nowych. 

A  PRZYRODA  PRÓŻNI  NIE  LUBI.